DEPRESJA I STOŻKI ŚWIATŁA

Proponuję uruchomić wyobraźnię wizualną i nie uruchamiać swej wiedzy z fizyki.
To, co piszę, ma swe inspiracje w naukach ścisłych, ale jest jedynie moją subiektywną metaforą zjawisk.

Jeśli rzucimy kamień w wodę, fala rozchodzi się coraz szerzej, widzimy ją przez jakiś czas. Jeśli do trójwymiarowej przestrzeni dołożymy wymiar czwarty, czyli czas, i nałożymy na siebie zdjęcia rozchodzenia się fali robione w jakichś odstępach czasu, to rysunek pokaże nam coś w rodzaju stożka – jest to stożek przyszłości. Ma swój czubeczek, początek wywołany rzuceniem kamienia, ale końca nie zobaczymy, bo fala zatacza coraz większe kręgi w sposób nieskończony.


Ta sama zasada widoczna jest w odbijaniu się promieni świetlnych od obiektów, powstają wówczas stożki światła. Odkrycie tego zjawiska przyczyniło się do odkrycia istnienia czarnych dziur w kosmosie, ale o tym innym razem. Ja chcę tutaj dzisiaj metaforycznie powiedzieć, że każda energia tworzy własne odbicia.

Będąc gdzieś, kiedyś, w innym miejscu, nie widząc początku, czyli kamienia, nawet nie dostrzeżemy, że zdarzenia, w których uczestniczymy, mają swój początek w jednym fakcie. Żyjemy w wielu takich stożkach przyszłości, nakładają się na siebie. Ich skutki dotykają obszarów życia takich, jakich podczas rzutu nigdy byśmy nie umieli przewidzieć.

Rzucamy wciąż wiele kamieni – każde słowo, działanie, ale też niewypowiedzenie pewnych słów i niezrobienie czegoś to utworzenie jakiegoś nowego stożka.
Jak wyciągamy stopę, by postawić ją w nowym miejscu, ale w pół ruchu cofamy, też rzucamy kamieniem.
Najpierw jest to tylko małe plum, czasem dla nas niewiele znaczące, dopiero znacznie później fala przynosi nam efekty, czasem zdumiewające. Malutkie słowo, niewielkie skrzywienie ust, niespodziewany ciepły uśmiech, jedno spojrzonko, których zupełnie nie pamiętamy, a które podczas rzucania nic dla nas nie znaczą, wracają po czasie choćby czymś wielkim żalem lub ogromną wdzięcznością…
Mały kamyczek rzucony tutaj może sprawić, że na drugiej półkuli zawali się dom. Efekt motyla.

Znam to ze swej pracy. Pod koniec terapii często pytam ludzi, co najbardziej pomogło. Chyba nigdy nie udało mi się przewidzieć odpowiedzi.
Czasem okazuje się, ze przełomem było jedno, zupełnie mimochodem rzucone słowo, uwaga, o której dawno zapomniałam. Albo ciepły uśmiech w niespodziewanym momencie. Albo opowiedziana przypowieść.
Kiedyś usłyszałam, ze kluczowym momentem długiej terapii było przypomnienie sobie bajki, którą ojciec opowiadał w dzieciństwie i tego, w jaki sposób ona wciąż odgrywa się w życiu tej osoby. A tak niewiele czasu poświeciłyśmy temu w trakcie rozmów….

Są też stożki przeszłości. Można, znając już zdarzenie, jakie nastąpiło, dotrzeć do tego, co się działo wcześniej, co było tym kamieniem.
Fizyka pokazuje, że dotrzeć można do stożków przeszłości dopiero wówczas, gdy zdarzenie już się stało. Inaczej zawsze będą tylko gdybania i określania prawdopodobieństwa.
To jest czasem najtrudniejsze dla nas, ludzi, do przyjęcia. Nie da się ze stuprocentową pewnością przewidzieć skutków, zanim się nie wydarzą, choć czasem na głowie stajemy, by to uczynić. Sprawia, iż czujemy się przez to bezradni i zagubieni. Ale też dotarcie do kamienia, sama świadomość przyczyn pewnych zdarzeń, przynosi wielką ulgę.

Wyobraźmy sobie dwa stożki – przeszłości i przyszłości – zetknięte czubkami, tworzące gigantyczną klepsydrę czasu. My zawsze jesteśmy w tym punkcie styku. Jak spojrzymy w jedną stronę, widzimy nieprawdopodobną liczbę zdarzeń, jaka nas do tego miejsca przywiodła. Jak popatrzymy w druga stronę, widzimy ogrom zdarzeń, jakie mogą z samego faktu, ze jesteśmy tu i teraz w tym miejscu, wyniknąć. Niezależnie od tego, czy cokolwiek robimy, czy staramy się trwać w bezruchu. Wszystko jest działaniem, nawet zastygnięcie. A rozłożenie szeroko rąk jest wymiarem wielkości i potencjału wszechświata.

Czemu jest tak, ze ta wiedza jest nam dostępna dopiero po fakcie? Czy musimy sami przeżyć wszystkie błędy?

Czy taka świadomość nas osłabia czy dodaje sił?
Sprawia, ze wręcz paranoicznie będziemy pilnować każdego kamyka i obwiniać się o złe skutki nie mając już sił na zauważenie dobrych? Jak często dane jest nam to szczęście, ze wiemy, który kamień jest dobry, a który zły? I skąd wiemy, czy rzucenie dobrego kamyka daje dobre skutki, a złego złe, a nie odwrotnie?
Czy może odpuścimy sobie stwierdzając, że nigdy do końca wszystkiego przewidzieć się nie da, wpływu na losy wszechświata nie mamy i w związku z tym nic nie robimy?
Lub odwrotnie, czujemy się rozgrzeszeni i robimy wszystko?
A może uczy pokory wobec nieprzewidzianego i większego od nas? Oswaja z ryzykiem, że owszem, skutków nigdy przewidzieć się nie da, ale warto zaryzykować mając jedynie jakieś tam prawdopodobieństwo?
Ile wobec tego mamy w sobie odwagi? Jak (nie-)wielkie prawdopodobieństwo jesteśmy w stanie znieść?
Co się z nami dzieje, jak niepewność jest zbyt wielka – a najczęściej jest?

W jakimś sensie jest to opowieść o depresji. Jedną z wielu jej miar jest odporność na niepewność.

Każde zdarzenie, które się rozpoczęło, musi się wydziać do końca.
Żadnego stożka nie można cofnąć w czasie. Można tylko tworzyć nowe.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s