“MYŚLAŁAM, ŻE TO NORMALNE…”

Dwie dwudziestokilkuletnie kobiety. Obie wysokie, piękne, zgrabne, do tego inteligentne i wykształcone. Zaradne i samodzielne życiowo, pracujące, rozwijające się zawodowo.
Mają różne profesje, inne miejsca zamieszkania, nie znają się.
Co je łączy? Tytułowe zdanie.

Pierwsza z nich. Druga z rodzeństwa, siostra kilka lat starsza. Patrząc z zewnątrz – dobra rodzina. Rodzice szanowani społecznie, o dobrej pozycji zawodowej, pracujący, rozwijający swe kariery, stabilna sytuacja materialna, piękny dom, dwie udane córeczki.
Wewnątrz pozornie też dobrze. Dorośli dbają o miejsce zamieszkania, gotują, kupują niezbędne rzeczy dzieciom. A jednak po domu trzeba było poruszać się tak cicho i niewidocznie, jak to tylko możliwe, bo nigdy nie było wiadomo, za co się oberwie. Boleśnie, wielokrotnie. Po głowie, ramionach, plecach, wszędzie. Córki miały być idealne. Nie istniała inna ocena, jak piątka, która była pomijana milczeniem, bo to oczywiste, że dzieci się mają uczyć i przynosić najlepsze noty. Za to dostrzegana była każda inna ocena metodą kilkudniowego wypominania, karania spojrzeniem, wyzwiskami i biciem. Głównie czynił to ojciec, a matka wspierała go milczącym przyzwoleniem.
Rodzice gotowali, starali się dla dzieci i chcieli dla nich jak najlepiej. Matka nakładała porcje obiadu na talerz, spore, we wspomnieniu tej kobiety większe od porcji ojca, gigantyczne. Nie można było zaprotestować, bo był to objaw braku szacunku, natychmiastowo karany. Mała dziewczynka musiała godzinami siedzieć przed talerzem z zimną potrawą rosnącą jej w ustach, póki nie zjadła wszystkiego. Starsza siostra szybko uciekła do babci, młodsza, bohaterka tego opowiadania, nie umiała zrobić nic.
Oczekiwane były dobre oceny, a dziewczynka była zdolna, pilna i chętnie się ucząca, bo był to jedyny świat, do którego mogła uciec. Próbowała popołudniami, w wolne dni przygotowywać się do lekcji. Miała pokój z delikatnymi, przeszklonymi drzwiami przylegający do salonu. Ojciec za każdym razem, gdy ona siadała do książek, zaczynał bardzo głośno oglądać telewizję, a nikt nie miał prawa mu zwrócić uwagi. Dziewczynka próbowała z zatkanymi uszami się uczyć, a wieczorami spać w tym hałasie, często wykończona, z bolącą głową, chronicznie niedospana. Szczególnie, że jeśli chciała rano korzystać z łazienki na kąpiel, umycie włosów, musiała wstawać o 5 rano, gdyż o 6 wstawał ojciec i wtedy zajmowanie jej już było zabronione.
Była bita za wszelakie rzeczy, a nigdy nie umiała przewidzieć, kiedy i za co to nastąpi. Mówiła mi, że przeczuwała mniej więcej 2 minuty wcześniej. Pytałam, czy próbowała coś w ciągu tego czasu zrobić, odciągnąć uwagę, kogoś zawołać, choćby uciec? Nie, nie próbowała. Dlaczego? Bo za każdym razem sztywniała ze strachu, zastygała w bezruchu, po czym w milczeniu przyjmowała razy i krzyki ojca. Potem nawet nie płakała. Nieświadomie nastawiła się na przetrwanie. Myślała, że wszyscy tak mają w domach.

Efekt był taki, ze na terapię przyszła młoda i piękna kobieta z nerwicą natręctw i zaburzeniami jedzenia w przeszłości.
W dzieciństwie nie miała na nic wpływu, żadna reakcja czy zachowanie ojca nie były do przewidzenia, a już szczególnie przykre i bolesne. W dorosłości unikała trudnych sytuacji jak ognia. Wciąż porządkowała i sprawdzała całą swoją rzeczywistość, czuła się względnie bezpieczna tylko wtedy, kiedy kilkanaście razy sprawdziła wszystko. Każdy przedmiot będący w jej posiadaniu musiał znajdować się w przewidzianym dla niego miejscu. Nauka to było nieustanne czynienie kolejnych notatek z tego samego; mimo dużej inteligencji uczyła się olbrzymich partii materiału na pamięć, gdyż sobie nie ufała. Całe ciało poruszało się jak zaprogramowane, zawsze wiedziała, gdzie i w jakiej pozycji ma się znaleźć ręka, noga, jaka ma być mimika, spojrzenie. Zapytana, co czuje, czego by potrzebowała, nie umiała na te pytania odpowiedzieć, wręcz ją zdumiewały. Miała ogromne problemy seksualne, co w obliczu generalnej sztywności i silnej kontroli ciała w ogóle nie zaskakiwało. Towarzyszyły jej nawet problemy w sytuacji, gdy chciała wziąć głębszy oddech.

Teraz jest już inaczej. Natręctwa minęły prawie bez śladu, zaczęła się poruszać, oddychać, czuć, żyć. Nawet kiedyś, ku mojej wielkiej radości, zapomniała, na jaką godzinę się umówiłyśmy i musiała dopytać. Przestała być tak chorobliwie porządna i akuratna. Pamiętam to zdanie, które kiedyś wypowiedziała – myślałam, że to normalne…..

Druga historia. Kolejna piękna kobieta z dobrym wykształceniem, zawodem, niezależna. Pamiętam jej wyraz twarzy, kiedy pierwszy raz stanęła w drzwiach gabinetu. Sama niepewność i strach mimo atrakcyjnych ciuchów i innych gadżetów. Oczy przestraszonej sarenki Bambi. I mimo, iż jeszcze nie wiedziałam nic, wiedziałam już wszystko.
Opowieść o dzieciństwie – słuchałam, jak to ojciec bardzo ją kochał i wciąż tę miłość okazywał. Jaką matka jest niesamowicie ciepłą, zaradną, dbającą o rodzinę kobietą poświęcającą się dla wszystkich. O tym, że miała dokładnie wszystko, o czym zamarzyła. W domu nie musiała robić absolutnie nic. Mogłaby uczynić wrażenie rozpieszczonej dziewczynki przy nadopiekuńczych rodzicach. Gdyby nie te oczy.
Ojciec pił i terroryzował rodzinę, była jedyną osobą, która miała na niego jakikolwiek wpływ. Tylko ona mogła ochronić matkę przed jego agresją, wyłącznie jej słuchał – by poszedł spać, dał spokój. Rozumiała z tego, jak bardzo jest kochana. Nie widziała, że matka deleguje ją do rozwiązywania spraw z mężem.
Czasem ojcu zdarzało się pochwalić ją przed kimś znajomym – była wtedy bardzo szczęśliwa i to nazywała tym ciepłem, jakie od niego dostaje.
Matka nie pracowała, jej zajęciem była opieka nad rodziną. Dziewczyna ta zawsze miała wszystko uprane, ugotowane, przygotowane, spostrzega matkę jako bohaterkę codzienności. Owszem, w pewnej mierze tak jest, ale dopiero jak przypomniała sobie, jakie towarzyszyło jej zawsze poczucie winy, że mama umęczona wciąż sprząta, jak próbowała ją wyręczać, a matka odmawiała, otwarła szeroko oczy na swą sytuację. W pewnym momencie zaczęła robić wszystko jak najszybciej, by wyprzedzić matkę w sprzątaniu. Nie było to łatwe.
Zawsze się czuła dla mamy bardzo ważna, bo była jej jedyną powiernicą. Niedawno dopiero odkryła, jaki to był dla niej ciężar.
Jaki efekt? Dziewczyna jest przerażona każdym głośniej wypowiedzianym słowem. Nie wierzy w to, że cokolwiek potrafi dobrze zrobić. Błędnie odczytuje komunikaty, drobne okruchy życzliwości bierze za deklaracje uczuć, po czym cierpi. Nie potrafi zbudować związku, jest jednocześnie w tym swoim lęku silnie kontrolująca, gdyż nie wierzy, że tak naprawdę ktokolwiek może być wobec niej uczciwy. Wciąż wszystkim pomaga nawet, gdy nie jest to potrzebne i oczekiwane.
Od niej, gdy otwierała szeroko oczy na to, w czym żyła, tez usłyszałam to zdanie – myślałam, że to normalne……

To tylko dwie historie, lecz myślę, że wiele osób może się w nich odnaleźć. Przed tymi dziewczynami jeszcze dość długa droga do wyzdrowienia, ale obie widzą już wyraźne efekty.
Można sobie zadać pytanie, dlaczego dorosłe już kobiety nie widziały tak długi czas przyczyn swych aktualnych problemów. Jak czytamy, wydaje się to być tak oczywiste.
One nie mogły tego widzieć, nastawione były na przetrwanie. Zastygnięcie i “karmienie się” każdym okruchem uczucia były sposobem, by żyć. Jedynym dostępnym im na tamten moment.
Mnie ich losy bardzo poruszają, ciekawa jestem Waszego odbioru. Zapraszam do podzielenia się swymi historiami i refleksjami.

2 thoughts on ““MYŚLAŁAM, ŻE TO NORMALNE…”

  1. Okrutny tekst. I wcale nie z intencji autora. Dlatego tylko, że to co było odbierane jako znamiona miłości, było udręczeniem i znęcaniem się. A mogło by się wydawać że miłość, tym bardziej ta rodzicielska nie może ulec takiej patologii i zwyrodnieniu. Niby wszystko jest na pozór piękne i poukładane. Świat i okolica nie ma nic do zarzucenia, może nawet patrzy z zazdrością na tą pozorną harmonię. Pewnie to wina projekcji niespełnionych rodzicielskich ambicji, wytłumaczeń jest wiele. Tylko tak naprawdę żadne nie usprawiedliwia. To co im się kiedyś nie udało, to starają się zrealizować za pomocą dzieci. Zapominają jednak że mimo pewnego podobieństwa genetycznego, dzieci nie są kalka rodziców. Tworzą one z czasem swój świat emocji i potrzeb. A nam, rodzicom jest obowiązek w tym pomagać. Pisze to z perspektywy ojca. Jestem szczęśliwy że moje dorastanie było inne. Chociaż dom nie opływał w dostatki, a i warunki dorastania były dalekie od sielanki, to nigdy nie brakło prawdziwej troski i czasem szorstkiej, ale prawdziwej miłości. Jaki tego efekt ? Jak wspomniałem, sam jestem ojcem. I muszę szczerze przyznać że ścieżka „kariery” jaka obrał syn daleka jest od wyidealizowanych oczekiwań. Czy ronić łzy, bo nie wymagałem, nie karciłem surowo za każde drobne przewinienie, za brak spodziewanych i oczekiwanych sukcesów ? Może teraz i bym był dumny przed znajomymi. Tylko czy nadal miał bym tak pozytywnie emocjonalne sprzężenie zwrotne, mnie ojca i już dorosłego syna ? Za to cieszę się że wyrósł na empatycznego i czującego młodego mężczyznę.

  2. Mam wrażenie, że druga kobieta czerpała pozorne szczęście z bycia nieszczęśliwą. Owe nieszczęście usprawiedliwiało jej ucieczkę do pierwszego lepszego uśmiechu, najbliższych wyciągniętych ramion. Tak bardzo chce uwierzyć w drugiego człowieka, że paradoksalnie wątpi w niego na każdym kroku – w jego uczciwość, dobre intencje. To rodzi lęk i poczucie krzywdy. Trochę się z nią utożsamiam…

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s