HISTORIE PRAWDZIWE: MAREK cz.I.

Zaczynamy przygodę z osobistymi historiami spisanymi w chwili potrzeby podzielenia się nimi. Dziś pierwsza z trzech części jednej z opowieści.

Cała opisana historia potoczyła się w 2005 roku. Świat bezpiecznego Internetu jeszcze spał w pampersach. Złudzenia, jeśli podparte są ignorancją, dają poczucie pewności siebie.

Moja żona zaczęła robić karierę zawodową. Na jej potrzeby edukacyjne postawiłem w domu kolejny komputer. Pomyślałem – syn ma swój, przyszła pani magister niech ma własne narzędzie pracy. Kontakt ze światem wirtualnym stał się dla niej rzeczą nieodzowną. To tam było źródło wszelkiej wiedzy, ale i wszystkich wirtualnych pokus, które są nieodparte, zwłaszcza dla kogoś, kto chyba łaknie przygody…

Internet zawsze ją fascynował. Często miała ciągotki do poklikania na jakim czacie itp.
Sam tyrając na co dzień przy sieciach i komputerach raczej nie miałem ochoty zajmować się tym w domu. Z pobłażaniem spoglądałem, jak zasiada do jakiś głupich czatów i temu podobnych bredni.
Mimo całego luzu i obojętności, po jakimś czasie pewne objawy zaczęły wydawać mi się odrobinę niepokojące. Jakieś nerwowe zamykanie okienek, jakieś ukrywanie się. Niby nic, a trochę zaskakujące. W takich sytuacjach zazwyczaj pomaga przypadek i zrządzenie losu. Dziwnym zbiegiem okoliczności jakiś czas wcześniej testowałem oprogramowanie do zdalnej administracji serwerów i maszyn roboczych. No i aplikacja została zainstalowana na komputerze małżonki.
Czysty przypadek, chciałem sprawdzić program. Jednak wspomniane wcześniej jej nerwowe ruchy zasiały malutkie ziarenko niepokoju. A to bardzo wredna roślinka. Nie wymaga podlewania, nawożenia i innej pielęgnacji. Sama rośnie.
I stało się. Na bok poszła cała moralność i zasady prywatności. Postawiłem w garażu kolejny komputer, oczywiście cały dom osieciowałem.
Miałem możliwość wglądu na jej monitor, znałem jej wszystkie hasła. Każde słowo wklepywane w klawiaturę było rejestrowane, miałem podgląd jej ekranu. Totalna inwigilacja.
Z pewnym zdziwieniem odkryłem dość intymne rozmowy z osobnikiem o imieniu Mariola. Czyżby żona miała ukryte ciągotki do płci jednakiej?
Szybko okazało się że Mariola miała na drugie imię Robert! No, tego męska duma już nie była w stanie zdzierżyć! Zaczęło się z ciekawością, ale i pewną niewiarą śledzenie ich wirtualnej znajomości.
Informacja, choć straszna, to jednak do końca nie docierała do mojej świadomości. Takie zwykłe babskie pisanie i kokieteria, myślałem sobie. Sytuacja zmieniła się, gdy został umówiony termin spotkania. Chyba na zasadzie wypierania złych informacji, ciągle wierzyłem, że to nie dzieje się naprawdę. Napięcie wewnętrzne jednak rosło. Dwa dni przed wyznaczoną datą (pan był zamiejscowy), żona oznajmiła mi, że mają imprezę na okoliczność spóźnionych imienin dyrektora. I oczywiście prośba do mnie, czy jej nie zawiozę, a wróci sobie już sama. Nie wiem, co bardziej podziwiać, jej tupet i bezczelność połączoną z uważaniem mnie za kompletnego idiotę, czy to, że od razu jako facet okazałem się kompletną dupą? Przecież miałem zawieźć własną żonę na randkę z jakimś facetem! I – zawiozłem. Słowem się nie odezwałem, że wiem o czymkolwiek. Coś mi mówiło, abym nie zdradzał źródła swojej informacji.
Jak to bywa w takich banalnych opowiastkach, pan miał żonę i rodzinę. No i oczywiście był bardzo, ale to bardzo nieszczęśliwy w tym związku. Momentami byłem nawet skłonny podziwiać swoją żonę za poświęcenie w dawaniu tego szczęścia ukrzywdzonym.
Konsekwentnie zbierałem informacje o Robercie. Internet wtedy był naprawdę łatwy. Zrobiłem wjazd na domowy komputer tego pana.
A romans sobie kwitł w najlepsze. Żona nic sobie nie robiła z tego, że już wiem. Nawet, gdy pokazałem jej zdjęcia jego żony. Rzeczywiście, nie kłamał, za ładna to ona nie była…

Byliśmy z żoną dwoma odmiennymi typami charakterów. Mnie złość szybko przychodziła i jeszcze szybciej odchodziła. Ona, niestety, pielęgnowała urazy znacznie dłużej. Tak zwane ciche dni zdarzają się w każdym małżeństwie, ale u nas rekord nieodzywania się to było sześć miesięcy! W momentach konfliktowych wybierała chyba najgorszy scenariusz, uciekała w milczenie. Dusiła się z samą sobą, nie dając ujścia emocjom. Podobnie było i w tej sytuacji.
Do tego czasu siliłem się na udawanie, że o niczym nie wiem. Taka gra pozorów. Oboje zachowywaliśmy się dziwnie. Z ujawnieniem się z wiedzą czekałem około dwóch tygodni. Gdy oznajmiłem, że wiem, do kogo ją wiozłem i po co, jakie to były „imieniny”, znów uciekła w milczenie. Ja byłem zbyt zdruzgotany, aby nawet mieć chęć na próbę nawiązania kontaktu.
Pamiętam ten moment. Leżeliśmy już w łóżku, obok siebie.
Nie mogło mi się w głowie pomieścić, że ta kobieta obok, którą tak kochałem, mogła mi to zrobić. Nie mogąc znieść tego wewnętrznego ciśnienia, tego żalu, który rozrywał serce, powiedziałem jej że wiem o wszystkim. Jeśli moja słowa wydają się zbyt patetyczne, trudno.
Ciężko nazwać to rozmową, był to monolog z mojej strony. Powiedziałem wtedy wiele słów o miłości, o zaufaniu, których nawet teraz nie jestem w stanie przytoczyć. W odpowiedzi nie otrzymałem nic. Nie wiem, ile czasu minęło, godzina, może dwie, ciągle cisza. Jak ja doskonale ten stan znałem. Pewnie dlatego nawet nie próbowałem uzyskać odpowiedzi. Zabrałem wtedy swoją poduszkę i poszedłem spać na dół.
Kolejne dni upływały w milczeniu. Kontakt istniał jedynie poprzez jakiś gest, lub zdawkowe słowo. Oczywiście nadal miałem pod kontrolą jej komunikację z panem. Jak można było się spodziewać, powiedziała mu, że wiem o nim. Odniosłem wtedy wrażenie, że ja już byłem nieważny. Większą uwagę skupiała na Robercie i tym, jak on się czuje.

Powrót naszego „kontaktu” słownego z żoną nastąpił za parę dni. Celowo słowo „kontakt” ująłem w cudzysłów. Udało mi się z jej telefonu spisać numer do pana. Wysłałem do niego wiadomość, że wiem wszystko, że nie pozwolę na to, aby niszczył moją rodzinę. Oczywiście mi nie odpowiedział, za to żona zrobiła karczemną awanturę, jak mogę naruszać jej prywatność, czytać jej korespondencję, grzebać w jej telefonie.
Wtedy to zostałem nazwany prostakiem i debilem bez matury. Przez jakiś czas potem były to najczęściej słyszane słowa.

Nie jest teraz tak łatwo odtworzyć to wszystko, co wówczas czułem. Dziwię się, że potrafiłem wtedy funkcjonować zawodowo. Jak się potem dowiedziałem, łatwo wytrzymać to ze mną nie było. Dobrze, że gdy w końcu pękło we mnie, opowiedziałem koledze, co się dzieje. Zrozumiał.
Po pięciu latach abstynencji znów sięgnąłem po papierosy. Gorsze jednak było to, że zacząłem szukać innego pocieszenia. Pamiętam, jak siedziałem na niedokończonym jeszcze tarasiku i piłem. Jeden drink, potem drugi i kolejny. A potem szklanką o garaż! Jak alkohol się kończył, kupowałem następną flaszkę.
Trwało to picie tak tydzień albo dwa. Sam nie wiem, jak przyszło opamiętanie. Chłopie, myślę sobie, jesteś na najlepszej drodze, aby się stoczyć! Wtedy to, mimo całego rozdarcia i bólu, niemocy, zacząłem knuć.

Cdn.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s