HISTORIE PRAWDZIWE: MAREK cz.II.

Moja żona nadal nie zdawała sobie sprawy ze stopnia swojej inwigilacji, choć gdyby pomyślała logicznie, wiedząc, w jakim zawodzie pracuję i ile o niej wiem, domyśliłaby się bez problemu. Dla mnie było lepiej, że wszystko nadal pozostawało w ukryciu, bo miałem powoli krystalizujący się plan.

Kiedyś znów siedziałem przed komputerem śledząc każdy jej ruch i na zasadzie małpiej ciekawości, popróbowałem rozmów na czatach i ja. Z pewnym zdziwieniem odkryłem w sobie lekkość w pisaniu słowa. Zawsze w szkole przedmioty humanistyczne były moją piętą achillesową, bardziej byłem ścisłowcem. A tu taki dar? Nowo nabyte doświadczenie podsunęło mi pewien pomysł. Czaty miały tę zaletę, że nie wymagały stałego konta, można było logować się dynamicznie, za każdym razem pod innym nickiem. Pomyślałem – a może tak zaczepić żonę na czacie!
Idea ogarnęła mnie bez reszty. Zobaczyłem w tym swoją nadzieję dotarcia do niej, trenowałem różne style rozmów. Od wybitnie prostackich, po te bardziej finezyjne. Badałem materię. Strzałem w dziesiątkę okazała się postać skromnego elektronika z pobliskiej wioski. Nazwałem się Markiem. Ten wymyślony facet był przeciętny, jeździł czerwonym maluchem, mieszkał na wsi. Żadna partia do wyrwania. Na dodatek, czego nie ukrywałem, miał żonę i córeczkę Martusię. Tak oto zaczęło się moje podwójne życie. Energii musiało starczyć na moją prawdziwą egzystencję, oraz na wymyślony, wirtualny świat Marka.
Nasza czatowa korespondencja nie była nachalna, ot, takie normalne pisanie. Nie chciałem jej przestraszyć. Pewnie można powiedzieć, że to podłe i cyniczne. Nic podobnego. To był wtedy jedyny, jak mi się wydawało, sposób na poznanie jej uczuć i zamiarów. Nić pewnego porozumienia była budowana powoli, bez pośpiechu. Między wierszami wtrąciłem, że nie bardzo układa mi się w małżeństwie, co przecież było prawdą…
Tak oto zaczęła się moja wirtualna przygoda z własną żoną. Nie chciałem jej upokorzyć, ani ośmieszyć, chciałem zajrzeć w jej głąb. Tam, gdzie pewnie nigdy bym nie był wpuszczony, nawet, gdyby wszystko układało się pięknie i w harmonii.

Powoli nasze wiadomości zaczynały być bardziej zażyłe, zaprzyjaźnialiśmy się, ona się otwierała, ja również. Pisała o swoich kłopotach, ja na bieżąco wymyślałem swoją wirtualną rodzinę i jej problemy, jakże podobne do tych prawdziwych…
Płeć dziecka musiałem zmienić (mamy syna), a żona Marka została przedstawicielem handlowym. Taki jej zawód akurat wpadł mi do głowy, gdyż moja małżonka wierciła mi kiedyś dziurę w brzuchu, abym zmienił pracę właśnie na taką. Pomysły były czerpane z tego, co krążyło w rzeczywistości wokół mnie. Żartowałem, dowcipkowałem, z zupełną swobodą wymienialiśmy myśli. Jak wcześniej napisałem, wcale nie udawałem kawalera. Wiedziała o żonie i rodzinie. Ona też nie ukrywała, że ma męża, ale jednocześnie wciąż utrzymywała znajomość i romans z Robertem, o którym szczerze opowiadała.

Kiedyś zapytałem jako Marek, czy jej mąż nie ma nic przeciwko temu, że ona pisze coś na czatach. „Jego to nic nie obchodzi”, odpowiedziała, „siedzi w garażu i ciągle coś robi”.
Żeby ona wiedziała, co ja robiłem w tym garażu! Oczywiście zapytała, czy mojej żonie ( Marka ) nie przeszkadza, że ja piszę? Tu z kolei zawsze wymyślałem, że jej nie ma, albo ogląda telewizję. Co rusz wspominałem, że nie bardzo dobrze nam się układa. Prawdę mówiąc, to tak niewiele musiałem zmyślać, wystarczyło, że zmieniłem imiona… I tak powoli od żarcików przeszliśmy do poważniejszych rozmów. Zaczynała coraz więcej opowiadać o sobie, o swoim życiu, a ja się cieszyłem, że jej zaufanie rosło.

To, co zaczynało być bardzo intrygujące, to niejako spowiedź przed tym Markiem (czyli moim alter ego) mojej żony z zakochania się w Robercie. Było tego jednak trochę za dużo, jak na maleńki rozumek jednego faceta. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że ten mój wirtualny, lepszy świat jest z zasady bardzo podobny do świata żony. A tego nie chciałem. Przecież ja z nim walczyłem. Starałem się za wszelką cenę utrzymać rodzinę w całości.
Teraz wiem, ile i ją to kosztowało. Nie była całkiem pozbawiona emocji. Przecież obdarzyła uczuciem innego. Zabrakło tylko miejsca dla mnie.
Nie starałem się stworzyć idealnej postaci. Byłem takim wirtualnym, ale z krwi i kości mężczyzną z masą problemów rodzinnych, zawodowych, byłem prawdziwy. Ile przemyciłem prawdy o sobie opisując świat Marka, to tylko ja wiem. Jak można było się spodziewać, ona była na to ślepa. Ja, realny mąż, miałem już dolepioną etykietkę debila i prostaka. To był aksjomat u niej nie do podważenia. A Marek był jej coraz bliższy.

Jak to już bywa w relacji kobiety i mężczyzny, przychodzi czas na bardziej intymne pisanie. Zacząłem jej opowiadać, jak to oddaliliśmy się z żoną od siebie, że praktycznie razem nie śpimy i temu podobne. A skoro już intymne tematy zagościły w rozmowach, jak mogłem się spodziewać, dała się porwać namiętności. Zaczęliśmy kiedyś rozmawiać o nagości. Wspomniała o ostatnim urlopie nad morzem. Dowiedziałem się że ona wcale nie chciała jechać z mężem na ten urlop, że ma go dość, a pojechała tylko ze względu na dziecko. Zapytałem czy opalała się toples, taka mała słowna prowokacja. Oczywiście że nie, bo za dużo ludzi na plaży, odrzekła!
Spytałem, czy aż tak wstydzi się swego ciała i nagości. Zasugerowałem, czy może, pisząc do mnie, rozpiąć o jeden guziczek więcej w bluzeczce, czy może drobinę bardziej rozchylić uda… Dała się porwać tej wirtualnej fantazji z siłą, jakiej nigdy się u niej nie spodziewałem. To, co potem zostało napisane, aż zaparło mi dech w piersi. Przejęła inicjatywę w tej erotycznej zabawie słowem. Ze zdumieniem i niedowierzaniem czytałem, jak podchodzi do mnie, jak klęka. Jak syci się moją męskością, do końca. Ja nie umiałem wbić się w podobne emocje. Przecież ja, jej mąż, czytałem, jak z wielką namiętnością daje miłość fizyczną innemu mężczyźnie! Musiała prawdziwie to przeżyć, bo w pewnym momencie napisała – Marku, ja piszę tylko jedną ręką… A dane mi było to sprawdzić. Jak skończyliśmy wirtualne spotkanie, czas było iść spać. Ja wróciłem z garażu, ona zeszła z góry. Przypadkiem spotkaliśmy się w kuchni. O coś specjalnie ją zapytałem, ale tylko fuknęła do mnie niemiło. Ale jaki płomień miała w oczach, jakie rumieńce ją oblewały!
Na drugi dzień napisała mi, że jest jej bardzo wstyd, iż tak dała ponieść się emocjom, że nigdy wcześniej tego nie robiła. Wytłumaczyliśmy sobie jednak, że to tylko taka niewinna zabawa.
Jednak po tej inicjacji zaczęła się bardziej otwierać na własne problemy w rodzinie. Więcej opowiadała o Robercie, o swojej nim fascynacji. Że męża już nie kocha, jest dla niej nikim. Marek słuchał uważnie. Prosił ją, aby wszystko jeszcze raz dokładnie przemyślała. Moje alter ego pisze, że mimo wszystko wciąż kocha swoją żonę, że nawet przez myśl mu nigdy, mimo okazji, nie przeszło, aby ją zdradzić. Sama prawda.
Markowe prośby pozostały bez echa, za to ona zapragnęła mu pomóc w naprawie małżeństwa. Doradziła, aby Marek kupił żonie jakąś ładną, seksowną bieliznę. Spytała o wymiary żony. „O, to takie, jak moje”, ze zdziwieniem odkryła. Dostałem mnóstwo linków z propozycjami, co mogę kupić swojej małżonce Joli. Doradza w końcu kobieta, wszystko ładne, wysmakowane, byłem zachwycony jej pomocą. W ramach wdzięczności zaproponowałem, że może jej również kupię coś takiego, jako prezent. A w nagrodę dla mnie niech tylko napisze, że godzi się z mężem!
Odpowiedź mnie zabija, ona nie chce godzić się z mężem. Pomału jednak zmiękła pod prośbami przyjęcia intymnego prezentu od Marka. Bała się, że syn albo mąż mogą w domu otworzyć przesyłkę, podała więc adres do pracy. Zasiadłem zatem do internetowych sklepów z bielizną, zamówiłem jakieś majtusie, staniczki, gorseciki i pończoszki. Rozmiar przecież znam. Oczywiście podałem swój firmowy adres, w domu nie mogło się to pojawić. Minęło parę dni, uraczyłem ją opowieścią, jak to obdarowana takimi wybranymi przez nią prezentami Jola w końcu dostrzega w Marku mężczyznę. Zrodził się opis upojnych chwil, kiedy to o mało nie zdzieram z żony tych fatałaszków – opisałem jej moje marzenia.
Dla niej Marek był kimś prawdziwym, z krwi i kości. Kimś, kto, jak kiedyś napisała w mailu, powinien być sprzedawany w aptece jako środek na dobre samopoczucie. Dla mnie, choć wymyślony, też był kimś prawdziwym, kimś, kogo nie potrafiła lub nie chciała dostrzec w moim prawdziwym ja. W tym durnym i strasznym czasie był oknem, przez które mogłem zajrzeć w duszę i myśli kobiety, którą kochałem, źródłem wiedzy, w jaki sposób na mnie patrzy. Niestety, już bez wzajemności. Stałem się jako Marek powiernikiem, spowiednikiem, wirtualnym kochankiem. Na tyle intrygującym, że zaproponowała spotkanie. Odmówiłem mówiąc, że mam swoją rodzinę, żonę, dziecko. To samo powiedziałem do niej – masz męża, syna. Mimo tych waszych wojenek, próbuj, dziewczyno, uratować to, co ważne.
Zapytałem kiedyś, co ją w mężu zauroczyło, co skłoniło do życia razem. Odpowiedziała – wiesz, on był taki mądry, oczytany, imponował mi. Dociekam – a czy chociaż jest przystojny? No taki sobie, pada odpowiedź. Drążyłem temat dalej – a co ci teraz w nim nie pasuje? Odpowiedź padła zaskakująca – a bo on nawet nie umie tańczyć!
Pewnie teraz trywializuję jej opowieści. Taki powód to nie powód. Zdaję sobie sprawę, że nie byłem idealnym partnerem, ale ona też nie potrafiła nazwać rzeczy po imieniu.

Byłem już wykończony psychicznie. Nastąpiły wakacje, dałem więc sobie czas na odreagowanie i wysłałem Marka, pogodzonego już z żoną, na urlop. Miałem dwa tygodnie na złapanie oddechu i pomyślenie, co dalej.
Moja żona napisała, że też musi odpocząć, poukładać sobie swoje problemy z facetami. Robert w tym czasie pomału zaczął nabierać do niej dystansu.

Cdn.

One thought on “HISTORIE PRAWDZIWE: MAREK cz.II.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s