KOŁO ŻYCIA

Śmierć nie jest zdarzeniem przyszłym, które nam się kiedyś tam przytrafi i nie musimy o nim myśleć.
Śmierć jest obecna na co dzień w naszym życiu poprzez samą świadomość, że ona istnieje, że nieuchronnie ku niej dążymy, chcąc, czy nie.
Przeciwstawiamy się jej nieustająco. Stworzyliśmy cały system ochrony począwszy od zasad dietetyki, poprzez przepisy ruchu drogowego, zdrową żywność, systemy bezpieczeństwa, skończywszy na kosmicznej wręcz medycynie. Wymyśliliśmy olbrzymią dziedzinę upiększania naszych ciał – kosmetologia, medycyna estetyczna, programy treningowe i miliardy złotych rad.
Nie sprawia to, że boimy się śmierci mniej. Tyle, że potrafimy ten strach głębiej ukryć i zyskujemy złudne uczucie, że nad nią choć trochę panujemy.

Nie zdajemy sobie też często sprawy, jak bardzo się jej boimy. Wiemy o jej istnieniu, ale na co dzień nie dajemy temu uwagi, wypieramy, podświadomość zamienia ten lęk na jego inne rodzaje. Dopiero, kiedy umrze ktoś nam znany, ważny, ukochany, dociera do nas jej nieuchronność. Składamy jej hołd w postaci uroczystych obrządków pogrzebowych, dbania o groby, palenia na nich świec. Tak, jakbyśmy składali daninę na jej ołtarzu. Te świetlne punkty są chyba najdobitniejszym symbolem naszego lęku. Śmierć to ciemność, światło to życie. Stawiając naszym zmarłym świece nie pozwalamy im tak całkowicie odejść. Bardziej w ten sposób przywołujemy ich do siebie, niż deklarujemy pójście za nimi. Palimy więc to światło również dla nas samych, dla nadziei.

Gdy umiera nam ktoś bliski, przeżywamy żałobę. O niej nie będę dziś pisać. Jednakże moje doświadczenie w gabinecie wielokrotnie pokazało mi ukryte tło rozpaczy, jaka nas wówczas ogarnia.
Gdy rodzice żyją, nasze odczucie “kolejki do umierania” jest odległe, poczucie śmierci jest jeszcze daleko. Jednakże gdy odejdą rodzice, a choćby i jedno z nich, nagle czujemy, że między nami, a kresem dni już nikt nie stoi. Głębokim tłem każdej żałoby jest intensywna konfrontacja z własnym umieraniem.

Lęk przed śmiercią wpływa na nasze istnienie nieustająco, mimo, iż nie zdajemy sobie z tego sprawy, a może też nam życie sparaliżować na różne sposoby.
Widuję sporo takich ludzi. Są tak skoncentrowani na tych zagadnieniach, że nie starcza im czasu na życie. Jedna ze znanych mi osób cały swój czas poświęca na ćwiczenia fizyczne, wypracowywanie idealnej sylwetki. Młodej, pięknej, mimo średniego już wieku. Spożywa wyłącznie zdrowe produkty, których tak naprawdę nie lubi, ale mimo, iż można jeść odżywczo i smacznie, doprowadziła to do absurdu pozbywając się przypraw, przyjemnostek w jedzeniu. Same najzdrowsze, najgorzej sporządzone potrawy. Nie wspomnę o ilości wstrzykiwanych, wcieranych, łykanych cudeniek kosmetycznych, bo nie jestem w stanie ich spamiętać. Ilość witamin starczyła by na odżywienie kosmonauty. Owszem, efekty są piorunujące. Ale ta osoba nie ma czasu na potkania z ludźmi, nie pójdzie na imprezę. Ona nie żyje za życia. Strach przed starością jest lękiem przed odchodzeniem, gdyż każda zmarszczka mówi nam, że nieuchronnie umrzemy.

Strach przed śmiercią jest czasem tak silny, że ukrywa się pod innymi postaciami.
Niektóre osoby mogą się tak panicznie bać, nawet o tym nie wiedząc, że działają wciąż ochronnie – pilnując bliskich, siebie, ograniczając aktywność, bojąc się nieustannie tracą życiową energię. Bywa, iż strachem tym zarażają bliskich, szczególnie dzieci, wpajając im przekonanie, że świat jest niebezpiecznym terytorium, przed którym wciąż należy się chronić, nie wolno ryzykować. Żyją jakby na wdechu.
Czasem taki lęk w skrajnej postaci przybiera postać nerwicy natręctw. A bywa i tak, że z lęku przed kresem ktoś nieustająco prowokuje śmierć, bo stan znany przestaje być tak straszny.
Hipochondria, ciągłe odczucie choroby mimo braku jej wskaźników medycznych, wykonywanie nieustająco wszelakich badań, łykanie leków i suplementów na wszystko, to także objaw strachu przed umieraniem. Takich osób nic nie jest w stanie przekonać, by nie skupiały się na swym zdrowiu, nawet dziesiątki badań. Wielokrotnie słyszałam argument – ok, badania pokazały, że dzisiaj nic mi nie jest, ale przecież jutro choroba już może się pojawić, i to najgorsza.
Bezsenność również zdaniem wielu badaczy ma coś wspólnego z lękiem przed śmiercią – zasypianie to synonim umierania; w mitologii Thanatos i Hypnos to bracia bliźniacy.
Ten strach pojawia nam się wciąż, nawet w dzieciństwie. Jednym z dwóch najpowszechniejszych koszmarów sennych jest spadanie. Bardzo czytelna metafora umierania.
Wiara w reinkarnację, w to, że co prawda kończy się życie w takiej postaci, ale powróci w innej, i tak w nieskończoność, to dogłębny wyraz lęku przed śmiercią.
Niektóre osoby nie boją się samego faktu starości i umierania. Boją się nieistnienia.
Zastanawia mnie to, bo przecież był już taki czas, w którym nas nie było i nikt się go nie boi. To było przed naszym poczęciem.

Kryzys wieku średniego, kiedy to dojrzały już człowiek dostrzega pierwszy siwy włos, i nagle chwyta go przerażenie, że tak mało przeżył, że tyle czasu za nim, nie zdążył jeszcze tak wielu rzeczy doświadczyć, a starość puka do drzwi, nie zdaje sobie sprawy, że u podstaw tych odczuć leży silny lęk przed odchodzeniem z tego świata. Nagle zaczyna ćwiczyć, odchudzać się, zmieniać ciuchy, fryzury, samochód na sportowy. To czas, kiedy wielu mężczyzn porzuca swe skądinąd dobre, ale w ich wieku żony, by szaleć z kimś o połowę młodszym, by dać sobie poczucie młodości.
Jednym z najdobitniejszych przykładów lęku przed śmiercią jest moim zdaniem święto Halloween. To dzień wyjątkowy. Raził mnie wielokrotnie swym tandeciarstwem i brakiem szacunku. Jednakże widzę w nim coś bardzo ważnego – mianowicie człowiek odważa się z niej jawnie kpić. To oznacza, że przyjmuje ją do wiadomości, ale próbuje ośmieszyć, doprowadza ją do absurdu, po prostu gra jej na nosie.

Ludzie specjalizują się w szukaniu sposobów, by nie umrzeć, lub nie całkiem odejść.
O tym, jak ludzie chcą oddalić, wręcz oszukać starość i umieranie, napisałam wyżej.
Wszyscy wiemy, że można to jedynie opóźnić, ale to nie wystarcza do zniwelowania lęku przed śmiercią. Szukamy zatem sposobów na to, by nie odejść bez echa i pamięci.
Praczłowiek narysował zwierzęta w jaskini w Lascaux, my robimy zdjęcia. Zatrzymujemy czas, ale też chcemy wykroczyć poza siebie. Chcemy coś po sobie zostawić. Czy to sztukę, czy fotografie, wpis w pamiętniku z dzieciństwa, lub dobre słowo, jakie komuś powiemy. Zapewniamy sobie nieśmiertelność. Żyjemy dopóty, dopóki ostatnia osoba na świecie o nas nie zapomni. Stawiamy nagrobki ze zdjęciami. Polecamy się pamięci. Przedmioty sięgają dalej, niż mniej więcej dwa pokolenia, które nas jeszcze będą pamiętać. Ktoś kiedyś za pięćdziesiąt lat obejrzy zdjęcie i na chwilę przywoła naszą osobę.
Ktoś za sto lat obejrzy obraz, jaki namalowaliśmy, przeczyta książkę. Będzie używał wynalezionego przez nas narzędzia, często opatrzonego nazwiskiem wynalazcy.  Ktoś za dwieście lat zatrzyma się przy naszym nagrobku. Ostatnim ziemskim domu. Pewnie dlatego je stawiamy….

Ale też wiele przyszłych pokoleń będzie mieć nas w swej zupełnie nieświadomej pamięci i doświadczeniu, jeśli w jakiś sposób wpłyniemy na ich życie. Przerwiemy toksyczny ciąg doświadczeń ze swej rodziny, damy dzieciom coś lepszego, niż sami dostaliśmy. One przekażą to, może ulepszone, dalej.

Niegdyś przez wiele stuleci alchemicy skupiali się na poszukiwaniu kamienia filozoficznego. Ślady po tym mamy do dziś, choćby na Złotej Uliczce w Pradze, w legendach, mitach i marzeniach. Kiedyś ludzie żyli bliżej śmierci, bardziej otwarcie przyznawali się do strachu przed nią i bardziej jawnie i wprost szukali antidotum.
Człowiek współczesny śmierci się boi tak samo, ale się tego wstydzi i każdy z nas został z tym sam. Dlatego ten lęk się wzmaga, i też zachowania ochronne są coraz bardziej różnorodne i intensywne. Mamy więcej środków do chronienia się, ale ze swym lękiem jesteśmy bardziej osamotnieni, przez to dużo bardziej wobec niego bezradni.

Żyjemy w czasach kryzysu sensu życia. On również pogłębia lęk przed umieraniem.
Odkrycia nauki zaburzyły w ludziach obraz i potrzebę Boga, straciliśmy sens nadrzędny. Teraz skazani jesteśmy na poszukiwanie sensu jednostkowego, jeśli kolektywny nie istnieje. Wiele osób miota się nie potrafiąc tego zrobić.
Widzę, że dla wielu ludzi przekraczanie siebie, tworzenie czegoś, co będzie trwało dłużej, niż ich życie, może się takim celem, lub jednym z kilku, stać.
Jeśli pojawia się w naszym życiu jakiś sens, automatycznie porządkuje on wartości, jakie wyznajemy.

Jednak śmierć może też być swoistą latarnią morską, która wyznacza docelowy port. Nie możemy o niej zapomnieć, ale może nadać naszemu życiu sens, wartość. Może, choć nie każdy jest gotowy, by uznać taką jej rolę i siłę.
Yalom pisze, że świadomość śmierci może albo odrzeć nasze życie z wszelkiego sensu, albo doprowadzić nas ku autentycznej formie istnienia.
Heidegger stawia sprawę jeszcze bardziej stanowczo, twierdzi, iż śmierć jest warunkiem umożliwiającym nam autentyczne życie.

Tak naprawdę to mamy wyłącznie wybór pomiędzy dwoma rodzajami strachu.
Pierwszy to strach paniczny i nieuświadomiony, który przejawia się nie wprost w przeróżnych niekonstruktywnych zachowaniach, chorobach, snach. Nazwałabym go lękiem.
Drugi to strach wynikający z przeżycia świadomości śmierci, stanięcia przed nią z otwartą przyłbicą, skonfrontowania się z nieznanym, niewiadomym, i przyjęcie go jako elementu istnienia. Jak Jin i Jang. Życie i śmierć są nierozdzielne.
Mamy możliwość zdecydowania, jaką opcję wybieramy. Można całe życie wyrywać po jednej kartce z kalendarza i wciąż rozpaczać, że zostało ich coraz mniej.
Można każdą kartkę odkładać na półkę i cieszyć się bogactwem jakiego się doświadczyło świadomie wypełniając swe dni.

Ostatnio zostałam zapytana, jaki jest sposób, by się śmierci nie bać?
Nie umiałam oczywiście odpowiedzieć na to pytanie. Ale przypomniała mi się pewna pani, która się śmierci nie boi i w radości, pogodzie ducha na nią czeka. Jest to bardzo już wiekowa osoba, ciężko całe życie pracująca. W dzieciach, rodzinie, pracy, potem wnukach i prawnukach miała swój sens życia, nie sądzę, by go szukała, on w naturalny sposób był.

Teraz u kresu swych dni ma poczucie, że wszystko, co miała do zrobienia, zakończyła. Po prostu. Może nie przeczytała wszystkich książek, nie obejrzała filmów i nie odwiedziła wszystkich pięknych miejsc na świecie. Ale stworzyła, zbudowała, wychowała, wypuściła. Może odpocząć.
Nie twierdzę, że to jedyny sposób na życie, wiele osób znajduje cele i sens w czymś innym. Ważne, by on po prostu istniał.

Co ta kobieta takiego zrobiła? Jak osiągnęła taki stan spokoju?
Dam przykład. Spróbujcie palcem na czymkolwiek, gdzie teraz siedzicie, narysować koło. Jakie jest? Może krzywe, byle jakie. Ale zawsze jest dokończone.
Nosimy w sobie nieświadomą, lecz głęboką potrzebę domkniętych figur. Strach i niepokój wzbudzają te niedokończone. Domknięcie daje ulgę.
Ta pani, o której piszę, właśnie dokańcza rysować swoje koło.

One thought on “KOŁO ŻYCIA

  1. Śmierć, niby straszne słowo, bo oznacza kres wszystkiego co znamy i odczuwamy. A przecież jest najzwyklejszym naturalnym porządkiem rzeczy świata materialnego. Wszystko ma swój początek i koniec. Z czasem umierają nawet słońca, galaktyki, a z naszej chwilowej perspektywy postrzegane jako wieczne. Cytując też nieżyjącego już Jana Kaczmarka, nawet rdza zżera stare żelastwo. Dlaczego więc śmierć wydaje nam się taka straszna. Chyba trochę uciekliśmy od tego poczucia naturalnego biegu czasu i jego konsekwencji. Zbudowaliśmy cywilizację, która za wszelką cenę ma nas chronić. Dawniej wojownik ginął w walce, i to zazwyczaj całkiem młodo. Jego śmierć choć opłakiwana, była czymś naturalnym i przewidywalnie oswojonym. Można tu cytować całą masę wierzeń, religii snujących bezmiar chwały w zaświatach. Religii tych już zapomnianych, i tych obowiązujących. Jeszcze inaczej, kiedyś człowiek rodził się w domu, żył wśród bliskich. A kiedy dobiegał już kres jego dni, wśród bliskich też umierał. W domu, otoczony szacunkiem i opieką. Odchodzenie było czasem błogosławieństwem, ulgą w cierpieniu. Teraz jakże często ludzi starszych oddaje się do przytuliska, do domów opieki. Jakbyśmy chcieli odrobinę samych siebie oszukać, skoro nie będziemy patrzyli na śmierć, to jej nie ma. Wypieramy z siebie świadomość że na każdego z osobna, też przyjdzie kiedyś spotkać się niewiadomą. Boimy się, bo tak do końca nie jesteśmy pewni co czeka nas po drugiej stronie lustra życia.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s