MATKI BEZDZIETNE

Mitologia zapełniona jest postaciami matek. Nie są to obrazki wyidealizowane, śliczne, jak w gazetach dla kobiet w ciąży, reklamach z kosmetykami i pieluchami. Są tam matki przeżywające dramaty swej kobiecej roli.


Niobe. Piękna, bogata królowa Teb, matka 7 najwspanialszych, najdzielniejszych synów i 7 najpiękniejszych, najmądrzejszych córek. Popełniła z pychy masę błędów, jak każdy. Mityczne postacie są takie ludzkie w swych słabościach.
Wszystkie jej dzieci za jej grzechy zmarły, za karę. Potworne w tej historii jest to, że poniosły ją z rąk innej urażonej bogini – matki, Leto. Duma kazała jej zabić dzieci innej kobiety. Najpierw zginęli synowie, a mimo wszystko te dwie kobiety nadal ze sobą walczyły. Niobe poczuła się przegrana, gdy została jej ostania córka. Osłoniła ją własnym ciałem i błagała o litość, która jednak nie nadeszła. Straciła i ją, ostatnią, maleńką dziewczynkę.
Z obawy przed groźną Leto nikt nie pochował dzieci Niobe.
A ona zastygła bez łez, tak obolała, że nawet rozpacz była dla niej niemożliwa.
Czasem człowiek jest w takim bólu, że może tylko zamilknąć, skamienieć, stracić życie za życia. Chce się wyć, ale to niemożliwe. Chciałoby się przestać istnieć, ale rzadko umiera się z bólu. Nieważne jest to, gdzie się jest, co jest wokół, z kim, przestaje się jeść, spać, nie ma nic. Można zapomnieć, kim się jest, stracić nawet imię, tożsamość. Chce się odrzucić życie i własne ja, bo po takiej utracie już nic nigdy nie będzie takie samo. Świat się skończył.

Żona Lota. Kobieta gdzieś tam wspomniana w starym testamencie, nikt nie zapamiętał, nie zapisał jej imienia. Jest tylko żoną i matką.
Mąż powiedział kiedyś – musimy odejść. Zabrali dwie córki i poszli opuszczając swe miasto. Mówi się, że obejrzała się z ciekawości, że żałowała tego, co zostawiła. I dlatego zamieniła się w słup soli. Z ciekawości i żalu za przedmiotami? Mając przy sobie rodzinę? Nie jestem w stanie w to uwierzyć.
Przecież ta opowieść to kolejna metafora. Opuściła całe swoje życie. Gdy się zatrzymała i popatrzyła do tyłu, mąż i córki zdążyli zniknąć w oddali. Straciła męża, dzieci, swe miejsce na świecie i nagle, bez żadnego ostrzeżenia doznała takiej fali bólu, iż zastygła, jak Niobe. Wisława Szymborska w swym wierszu „Żona Lota” zbliżyła się do tych uczuć. Bohaterka obejrzała się z osamotnienia. I nagle poczuła ciężar całego życia. Oddalenie, czczość, bezsens. Starość. I senność.
Senność – słucham wielokrotnie, właśnie od obolałych kobiet, że to, czego pragną, to zasnąć i obudzić się wówczas, gdy ten najstraszniejszy ból zelżeje. Kiedy można się będzie zacząć poruszać. Bo rozpacz jest łatwiejsza, niż zastygnięcie. Lepiej wyć jak dzikie, zranione zwierzę, niż w cierpieć w skamienieniu.

Te dwie historie są do siebie bardzo podobne. Niobe straciła dzieci. Żona Lota straciła wszystko. Jak się traci dzieci, to obojętne, co jeszcze zostaje, i tak kobieta ma odczucie, iż straciła życie.
W tych historiach mężowie są gdzieś daleko. Niby istnieją, ale małżonka w historii Niobe nie ma. Żona Lota widzi silny kark męża, który znika za horyzontem.
Pewnie te kobiety ich kochają i są kochane, ale czasem to nie wystarcza.

Znam sporo kobiet, które straciły dzieci jeszcze przed ich urodzeniem. Poroniły.
Dostały szansę, by poczuć się matką, czasem miesiąc, czasem kilka tygodni czy dni.
Jedna z tych osób po bardzo długim czasie znajomości opowiedziała mi, z jakim zaskoczeniem odkryła, że jest w ciąży. Nie chciała wcześniej mieć dzieci. I nagle stało się, nieplanowanie. Instynkt zadziałał. Stała się matką. Pokochała dziecko natychmiast miłością biologiczną, pierwotną, chroniącą, trwożną.
Straciła ciążę, tak po prostu nagle zaczęła krwawić i uruchomiła się cała szpitalna machina oczyszczania organizmu, bezduszna w swej bieli i chłodzie chirurgicznych narzędzi.
Pół roku nie spała. Zastygła nie potrafiąc nikomu opowiedzieć o swym bólu, jak Niobe. Skamieniała tak, że straciła siebie, zatraciła się w rozpaczy. Samotność, jaką przeżywa kobieta po poronieniu jest niewyobrażalna. Czuje, że nikt jej nie rozumie. Otoczenie próbując pocieszać mówi – to przecież był 4 miesiąc, to jeszcze nie było dziecko. Będziesz miała następne. Z całą chęcią uczynienia dobrze wywołują kolejną falę bólu. Co z tego, że być może dane jej będzie mieć kolejne dzieci – to się już nie urodzi nigdy. Nie wiadomo nawet, jakiej było płci, jakie miało imię. I nie ma grobu. A ona dwa miesiące była matką.
Doznała tego szczęścia, iż kolejne dziecko urodziła. Ale do końca jako matka nie będzie spełniona już nigdy.

Druga kobieta, której w bólu długo towarzyszę, stoczyła wieloletnią batalię o dziecko. Najpierw pochłonięta karierą czuła, iż jeszcze zdąży, że takie pragnienie i potencjał do bycia matką przecież nie może pójść w przyrodzie na marne. Z biegiem lat i każdą utraconą ciążą, z każdym utraconym dzieckiem, pogrążała się w bólu coraz mocniej. Nie udało jej się urodzić. Ale matką czuje się wciąż. Matką zmarłych dzieci.
Żyje, działa, ale jest w nieustannym głodzie. Każde napotkane dziecko wywołuje w niej zatracenie granic, chciałaby je mieć, kochać, opiekować się, potrzebuje tego, by tama zatrzymująca całą jej niewyrażoną miłość mogła się podnieść.
Jakaś jej część jest od długich lat zastygnięta w bólu. Stoi w niemej rozpaczy, ogląda się w tył jak żona Lota wciąż myśląc, co zrobiła źle i czując się winna.

Mężowie kochający swe żony nie wiedzą, co robić. Sami cierpią z powodu utraty. Zastygają w bólu, gdy widzą swe skamieniałe żony. Drżą z bezradności, ze strachu, z niemożności zbliżenia się do kochanej kobiety. Ale też nie do końca pojmują ten ból, są czasem źli na swe żony, a one na nich, bo czują się porzucone. Utracone ciąże często rozdzielają ludzi. Pierwsza kobieta z tej opowieści nigdy nie porozmawiała szczerze z mężem o tym, co wówczas czuła i mimo, iż są małżeństwem wręcz znakomitym, to kiedyś omal nie doprowadziło ich to do rozstania. Podczas bezsennych nocy, kiedy to uciekała ze wspólnego łóżka do pokoju obok, by płakać i gryźć z bezsilności ręce, czekała na mężczyznę, by przyszedł i ją ukoił. On nie mógł, nie umiał. Powinny przyjść wtedy matki, siostry tych kobiet, ale rzadko przychodzą.

Pamiętam sprzed lat jeszcze jedną kobietę. Urodziła dziecko, które zmarło po godzinie z powodu wrodzonej wady serca. Jej rozpacz sprawiała, że ciężko było cokolwiek powiedzieć. Był to ból żywiołowy, gorący, przepełniony żalem, złością do losu, świata, lekarzy, męża, siebie. Nasycony poczuciem winy i bezsensem istnienia. Również był zatrzymany w sobie w przekonaniu, że nikt nigdy go nie pojmie, nie zbliży się do jej rozpaczy. Ale ona miała grób dziecka, pogrzeb, jaki się odbył, nadanie imienia. I ukochanego psa, z którym się nie rozstawała, dostrojonego do niej, wciąż wiernie patrzącego w oczy. Miała też powszechne zrozumienie.

Jest na świecie mnóstwo kobiet przepełnionych niemożliwą miłością, matki bezdzietne, bez mogił, na których mogą postawić świeczkę, szukające cudzych grobów, które by symbolicznie przytuliły ich dzieci. Oddające je pod opiekę bliskich zmarłych. Kobiety, które mało kto rozumie w dzień wszystkich świętych, kiedy na oknach stawiają tyle światełek, ile dzieci utraciły, jakby wołając je do domu, wskazując drogę.
Te, które poroniły i dzieci nie mają, opisanej na końcu kobiecie zazdroszczą wielu rzeczy. Tego, że ma to miejsce wiecznego spoczynku dziecka z wyrytym na nim imieniem i nazwiskiem, datą urodzin i śmierci, dowodem na miłość rodziców. Zazdroszczą uznania i zrozumienia jej żałoby. A przede wszystkim tego, że przez godzinę mogła potrzymać swe dziecko w ramionach.

One thought on “MATKI BEZDZIETNE

  1. Takie to prawdziwe ..trafione w 10tke….Znam to uczucie…”zastygnać w bólu” straciłam pierwsze dziecko prawie 7 lat temu .do dzis nie przezyłam zaloby do konca…tez słyszalam ..jestes jeszcze mloda bedziesz miała inne dzieci…i przyszedł dzien ,ze mam”inne dzieci” ktore wcale nie sprawiły ulgi w tym bolu ktory niezmieniony jest do dzis…wrecz kiedy patrze na nie staram sie wyobrazic to pierwsze stracone..jak wygladało bo nawet nie widzialam go..jak by to było gdyby pierwszy synek zył…zastygłam w bolu.Niepotrafie płakac choc bardzo bola wspomnienia i smutna historia jaka sie utworzyła 7 lat temu i przygladanie się pozostalej dwojce ktorym sie udało zyc i byc ze mna…dlaczego nie trojce???kazde swieto mamy to o te jedne raczki za mało…kazdy dzien dziecka to o jedna buzke usmiechnieta za mało…kazda wigilia to jedno miejsce “zbyt puste”..choc przestalam zostawiac tradycyjnie puste miejsce przy stole wigilijnym bo za bardzo bolalo mnie ,ze mogłby tam siedziec 7 letni dzis Filip i chcialoby sie w koncu ulzyc,rozplakac ,wyc…bo to byloby lepsze od tego zastygniecia..wyrzucic z siebie to co boli ale nie ma chyba takiej mocy ktora ruszylaby to do przodu i raz na zawsze pozwoliła zrozumiec odwieczne pytanie DLACZEGO?…

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s