BEZWARUNKOWA AKCEPTACJA

 

Relacje między dziećmi i rodzicami to jedna z najbardziej skomplikowanych tkanek, w jakiej przychodzi nam żyć bez żadnej możliwości ucieczki.
Spisano na ten temat tomy. Ja zastanowię się dziś nad okruszkiem tej sprawy.

Garść drobnych przykładów:
Kobieta, która jako dziewczynka na początku podstawówki w nieskończoność musząca przepisywać zeszyt z literkami, nawet, jeśli pomyliła się w jednej, choćby na ostatniej stronie.
Kobieta, która w dzieciństwie zmuszana była do ćwiczenia gam, czego nie znosiła, pod czujnym okiem ojca siedzącego obok i czytającego gazetę.
Chłopiec zmuszany do sportów walki pod hasłem wzmacniania mięśni i odwagi. A on chciał czytać książki i malować.
Małe dziecko, na które wciąż krzyczało się, gdy zapomniało wziąć do szkoły a to farbek, a to ołówka, przy czym nieistotne były pochwały i nagrody ze strony nauczycielki, ważne było tylko to, że dziecko wciąż o czymś zapominało.
Tysiące małych chłopców słyszących, by nie byli babami, jeśli zdarzyło im się zapłakać, zamarudzić, nie chcieć, nie umieć.
Dojrzała kobieta, której rodzice w mocno już starszym wieku w momencie, gdy rzuciła dobrze płatną pracę i zdecydowała się wreszcie robić to, co kocha, traktują ją z chłodem i dystansem, bo są jej decyzją oburzeni i zawiedzeni. Inaczej ją sobie wyobrażali.
Kobieta, która zdecydowała się nie wychodzić za mąż i nie mieć dzieci, której rodzice z tego powodu zerwali z nią kontakt, karzą ją swym brakiem.
Kobieta, która wyszła za mąż za mężczyznę, nie podobającego się rodzicom nie jest zapraszana z całą swą rodziną na żadne święta, mimo, iż ten mąż w żaden sposób nie łamie żadnych norm społecznych. Kobieta ta słyszy za każdym razem, gdy potrzebuje od rodziców wsparcia lub pomocy, że sama wybrała i niechże teraz ponosi konsekwencje.
Kobieta, która za każdym razem, gdy przyjeżdża do rodzinnego domu słyszy szereg uwag dotyczących jej fryzury i stroju, a nikt nie zwraca uwagi na jej osiągnięcia życiowe, jakby one tego nie były warte.
Kobieta, która gdy postanowiła się rozwieść z niekochanym mężem i związać z miłością swego życia usłyszała – po moim trupie.
Setki ludzi, którzy gdy podejmują decyzje zgodnie ze sobą, niekoniecznie z rodzicami, słyszy – popatrz, co robisz ojcu, przez ciebie serce mu wariuje i wyląduje w szpitalu! Nie denerwuj matki, nie widzisz, jak ona się o ciebie boi? Jak chciałaby dla ciebie dobrze? Odwołania do troski i miłości mające na celu zmuszenie dorosłego dziecka do realizowania marzeń rodziców. Wyobrażeń o dziecku idealnym.
Tysiące osób, które wybrały zawód popchnięte na dany kierunek przez rodziców. Słyszący całe życie, że tylko kilka zawodów – lekarz, prawnik, architekt – warte jest uwagi i tylko one zapewniają społeczny szacunek i prestiż. I w efekcie ludzie ci spędzają życie na wykonywaniu nielubianych czynności, przeżywają codziennie rano niechęć pójścia do pracy, codziennie wieczorem stres, ze jutro znowu, i czują, jak każda minuta zamienia się w długie godziny. Popadają w coraz większe przygnębienie, z poczuciem braku realizacji zawodowej i zmarnowanych szans. Ale za to rodzice są z nich dumni.
Setki osób słyszało – nie tak sobie ciebie wyobrażałam. Zawiodłaś mnie.
Ciebie nie da się kochać.

Mam wciąż w pamięci dwóch młodych mężczyzn, w części swej historii bardzo podobnych. Ledwo po 20-tce, inteligentni, studiujący na prestiżowych kierunkach, także za granicą, języki obce, mogący przynosić dumę i zaszczyt rodzicom. Przystojni, z gronem znajomych, samodzielni, nie popadający w nałogi, grzeczni i uprzejmi. Idealne dzieci.
Obydwaj w którymś momencie życia odkryli, ze są homoseksualni.
Nie wiem, czy osoba, która tego nie doświadczyła, jest w stanie sobie wyobrazić kalejdoskop uczuć, jakie młodemu człowiekowi mogą towarzyszyć w takiej sytuacji.
Przede wszystkim mieszanina olbrzymiego przerażenia i wstydu.
Najpierw towarzyszyło im zaprzeczenie przed samym sobą. Że to niemożliwe, nierealne. Realizacja najgorszych scenariuszy. Poszukiwanie partnerek w nadziei, że to tylko faza przejściowa, złudzenie, projekcja największych lęków. Gdy okazywało się powoli, że jednak nie, że to prawda, faza depresji, odsunięcia się od ludzi. Zerwania wszystkich przyjaźni z kolegami, bo pojawia się lęk o samego siebie, że poczują coś, czego czuć nie chcą. Nie piszę tu wyłącznie o popędzie seksualnym, lecz o emocjach.
W takich momentach mogą się pojawić zachowania autodestrukcyjne, alkohol, a nawet próby samobójcze. Rozpacz takiego młodego człowieka, przekonanie, że na tym świecie nie ma dla niego godnego miejsca, bywa wielka.
Pojawia się olbrzymi strach. O to, że będą postrzegani stereotypowo, że homoseksualista to ten, który w barze dla gejów co drugą noc wyrywa nowego młodego chłopca, albo daje się uwieść starszym mężczyznom, i to nierzadko za pieniądze. Owszem, taki świat też istnieje, ale większość znanych mi homoseksualistów potrzebuje dokładnie tego samego, co każdy inny człowiek, tęskni za związkiem i miłością.
Ci młodzi mężczyźni, o których piszę, musieli pożegnać się z wizjami tradycyjnego domu, żony, a przede wszystkim dzieci. Spada na nich wiedza, że ich mieć nigdy nie będą i bywa to wielkim bólem.
Problem, czy i jak ujawnić to przyjaciołom jest oczywiście ogromny. Czy w ogóle pozwolić sobie na jawność publiczną, na spacer ze swym partnerem za rękę.
Ale dlaczego oni pojawili się na terapii?
Oczywiście wyżej wymienione tematy były szeroko poruszane. Ale powodem było jedno pytanie – jak powiedzieć o tym rodzicom?
To była ich największa troska.
Mieli poczucie winy przy każdej rodzinnej okazji, kiedy to składa się życzenia, a oni słyszeli, by szczęśliwie skończyli studia i kiedyś mieli piękne żony i mądre dzieci. Czuli się jak ostatni oszuści. Na wyobrażenie tego, że mówią o swej orientacji rodzinie przezywali kolosalne poczucie winy spowodowane wyobrażonymi konsekwencjami. Że babcia i dziadek przez nich zaprzestaną chodzić do kościoła ze wstydu, że ktoś dostanie zawału i umrze. Że matka nigdy nie przestanie płakać. Że ojciec wpadnie w szał i wyrzuci go z domu. I nie był to lęk, gdzie się podzieje i z czego będzie żył. Były to obawy o uczucia i zdrowie rodziców.
Jeden z tych mężczyzn przygotowywał się do tej rozmowy chyba półtora roku.

Zadaję sobie czasem pytanie, jak to jest z tą bezwarunkową akceptacją rodziców, z ich deklaracjami, ze dziecko jest najważniejsze.
Przecież ci młodzi mężczyźni mieli powody do przeżywania lęku o odrzucenie społeczne i o to, jak ułożyć sobie życie, to oczywiste. Ale powinni przecież najpierw pójść do rodziców, powiedzieć, co się dzieje i z ich wsparciem i akceptacją mierzyć się z życiem. A jednak nie, wszystkie problemy w porównaniu z reakcją rodziców stawały się małe. Ci mężczyźni nie zrobili nic złego, urodzili się z pewną preferencją. Ani to kara za coś, że jest się homoseksualnym, ani niczyja zasługa, że jest heteroseksualny. Taki los. Bali się odrzucenia nie za to, co zrobili, tylko za to, jacy są.

Spoglądając na poprzednio opisane przykłady można się podobnie zastanowić. Nikt w rodzinie nie pytał setek kobiet i mężczyzn, dlaczego wybrali sobie akurat takiego partnera na męża czy żonę. Co w nim pokochali, bo przecież można czasem nie rozumieć cudzego wyboru. Ale jeśli dziecko go już dokonało, czemu rodzice go nie szanują i nie próbują przynajmniej zaakceptować?
Czemu dziecko nie może pomylić się w pisaniu literek? Czy jego rodzice samych siebie traktują tak samo?
Czemu tysiące osób wprost czy nie wprost jest zmuszane do bycia pianistą, inżynierem, lekarzem?
Czemu mnóstwo dzieci jest źle kochanych, gdyż przypominają rodzicowi drugie z nich, z którym jest w konflikcie?

Te osoby, które miałam na myśli pisząc ten tekst, wszystkie znakomicie ułożyły sobie życie. Mają dobre zawody, są szanowane, nierzadko zbudowali rodziny, dbają o innych, są lubiani, mają grona przyjaciół. A nie mają rodzicielskiej akceptacji.
Po prostu dlatego, iż albo biologia zadecydowała, albo oni sami chcieli ułożyć swoje życie zgodnie ze swymi planami i marzeniami. Udało im się to albo nie, ale prawo do tego mieli.
Jak to jest z tą bezwarunkową akceptacją swego dziecka, z umiejętnością rezygnacji ze swych marzeń i planów, by nie obciążać go koniecznością ich realizacji?
Ile rzeczy w życiu robimy tylko po to, by rodzice nas akceptowali?
Jako dorosłe już dziecko wplątane w poczucie obowiązku, by swe życie podporządkować wyobrażeniom rodziców, czasem sobie potrafimy z tego zdać sprawę i się uwolnić.
Ale który rodzic potrafi zobaczyć, na jaki ogrom cierpienia, poczucia winy i wstydu pod płaszczykiem „chcę dla ciebie dobrze” skazuje swoje własne dziecko na samotność, jeśli nie dorasta do marzeń, nie realizuje ogólnie przyjętych schematów?
Czy rodzice zdają sobie sprawę z ilości złości, jaka ich dzieciom towarzyszy i tego, że czasem mają one poczucie, iż tylko śmierć rodzica ich z tego wyzwoli?
Co zresztą wcale nie jest prawdą….
O tym, jak się uwolnić od realizowania rodzicielskich scenariuszy na nasze życie, niełatwo pisać, gdyż nie ma jednej złotej rady, aczkolwiek jest to możliwe. Każdy tutaj sam szuka swej ścieżki, a wiele osób nie decyduje się na zmianę, gdyż utrata akceptacji rodzica jest ceną niemożliwą do udźwignięcia.
Dziś nie ma pięknej puenty i złotej myśli dla takich obciążonych dzieci, bo to nie one powinny ją dostać. Warto pomyśleć, w jaki sposób my sami jesteśmy rodzicami.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s