ŚWIATŁO

Trwają Święta Bożego Narodzenia. Czas dla każdego człowieka oznaczający coś innego, mimo, iż symbolika chrześcijańska jest nam wszystkim doskonale znana.
Ale dni te mają znacznie głębszą treść, niż oficjalne i huczne obchodzenie narodzin wybawiciela.
Tradycje chrześcijańskie są swego rodzaju skórką, nakładką na znacznie starsze obyczaje, którym jedynie nadano nowe znaczenie, sięgają swymi korzeniami do emocjonalnej historii ludzkości, symbolicznie ujmują jej pradawne lęki i sposoby radzenia sobie z nimi. Dotykają bezpośrednio i głęboko dna ludzkiej duszy, zaglądają w pomijane na co dzień zakamarki, ożywiają zapomniane obawy i tęsknoty.


Święta te, mimo, iż zakorzenione w tradycji chrześcijańskiej, mają znacznie bardziej uniwersalny wymiar, stały się obrzędem kulturowym. Osoby innych wyznań mimo, iż nie otaczają się atrybutami mikołajkowo – choinkowymi, jakoś również te święta przeżywają, podobnie i ateiści. W naszej kulturze nie da się od nich uciec, nie zauważyć.
Moim zdaniem to logiczne, bo rytuały te niegdyś pogańskie dotyczyły całej ludzkości, nie ma żadnych powodów, byśmy wszyscy im nie ulegali. Te tęsknoty i lęki, o których napisałam, nosimy w sobie wszyscy.

Wiara jest jedną z największych potrzeb człowieka, obojętnie, czy deklarującego się jako religijny, czy nie. Wiara i religia są to dwie różne, choć przenikające się rzeczy.
Wiara wynika z permanentnych lęków egzystencjalnych i braku poczucia bezpieczeństwa. Lęk ten jest głęboki, niezbadany i niezmierzony, niedookreślony. Przed światem, przed Losem, przed Śmiercią, chorobą, nieprzewidywalnością. Przed nieznanym.
W wierze wyraźny jest aspekt tęsknoty. Są to uczucia dziecka wyciągającego ręce do rodzica. Chyba większość z nas nosi w sobie niedobory miłości… Ludzie klękają, wymawiają słowa Ojcze…. i nie wierzę, że ktokolwiek choć raz nie widział swego ojca… i Matko… A w ich zastępstwie marzą o dobrym Bogu, o chroniącym ich Losie, o przychylnym Przeznaczeniu. O tej dobrej i silnej ręce, która każdego ochroni.
Zastanawia mnie, czym w takim razie jest modlitwa do Jezusa. Nie jest taka, jak do ojca, bo to był syn. Syn buntownik, syn wkurzony, wyganiający rozgadanych kupców ze świątyni, syn robiący porządki, syn poświęcający się… to chyba jak modlitwa do starszego, dzielnego Brata, albo do nas samych, jakimi chcielibyśmy być. Chrystus miał masę miłości swych rodziców, mógł dzięki temu robić rzeczy wielkie. Też byśmy tak chcieli….

Mnie wciąż nurtuje jednak to, co było wcześniej, korzenie tych rytuałów, którym mimo wszystko wciąż ulegamy.
Nie znam nikogo, kto by nie narzekał na te święta. Na tłumy w sklepach, na konieczność dokonywania zakupów, na problem z prezentami, na zmęczenie, na mnóstwo drobiazgów. Ci, którzy tego wszystkiego nie robią, również narzekają i krytykują wszystkich, których to świąteczne szaleństwo ogarnęło. I tak jest co roku. I nic się nie zmienia. Dlaczego?
Jeśli coś tak męczącego nie ulega zmianie, dla mnie oznacza, że ma swe głębokie podstawy i uzasadnienie.
Chrześcijaństwo zaadoptowało pradawne wierzenia, obrzędy, sposoby zaklinania rzeczywistości, by nam bardziej sprzyjała. Wciąż odbywamy rytuały przebłagiwania Losu, oddajemy cześć i schylamy głowy przed siłami większymi od nas. Łagodzimy lęki przed istnieniem jako takim, samotnością, bezradnością i nieprzewidywalnością, uczucia tak stare, jak gatunek ludzki

Symbolicznie Boże Narodzenie związane jest z przesileniem zimowym. Nie jest to dokładnie tego samego dnia, ale to już skutek sporów ludzkich, nie mających wielkiego znaczenia. Zmęczone Słońce w zenicie sięga wówczas ledwie Zwrotnika Koziorożca, dopiero od tego dnia będzie dawało radę podnieść się nieco wyżej. To była najdłuższa noc w roku, czas lęków, obaw, potęgowania się samotności i zagubienia. Tęsknota za światłem.

Choinka (a wcześniej snop zboża) to symbol życia, trwania, witalności. Potem stało się symbolicznym rajskim drzewem, a kolorowe łańcuchy to wąż, symbol zniewolenia złymi siłami. Dlatego stawiamy choinki żywe, plastik mimo wszystko nie spełnia do końca swej roli. Niegdyś nie wieszano bombek, zastąpiły one rajskie jabłuszka (symbol zdrowia) i orzechy (płodność i obfitość). Prośby o zdrowie i przetrwanie.
Gwiazda na szczycie choinki to oczywiście gwiazda betlejemska, ale wcześniej symbol światła. To coś jak latarnia morska pokazująca zagubionym drogę do domu…. Do domu w znaczeniu bliskości rodzinnej i miłości.
Kolor czerwony to ciepło ognia. Kiedyś świece, teraz lampki na choince, i nierzadko przed domem, oraz porozstawiane na oknach, w mieszkaniach, to odstraszanie złych mocy, aby w ciemnościach najgłębszej zimy nie miały do nas dostępu.
12 potraw to również staropogański zwyczaj odwołujący się do 12 pór roku, potem zaadoptowany do 12 apostołów. Był to rytuał przebłagiwania bóstw i próba zapewnienia sobie urodzaju na przyszły rok.
Składniki tradycyjnych wigilijnych potraw – mak, miód, orzechy, groch, fasola, pszenica- to były główne posiłki składane bóstwom w rytuałach zadusznych, również znacznie starszych, niż chrześcijaństwo.
Opłatek przetrwał już tylko w Polsce i u litewskich oraz słowackich Polaków. Stanowi symbol żydowskiego placka paschalnego, a wcześniej był zwyczajem dzielenia się posiłkiem z głodnym, nieznajomym człowiekiem. Teraz stawiamy dodatkowy talerz dla niespodziewanego, zbłąkanego w ciemnościach gościa.
Tej symboliki jest znacznie więcej, rzuciłam tu zaledwie kilka przykładów. Ale wszystko, czego one dotyczą, zawsze związane jest z lękiem przed ciemnością i strachem, oraz próbą ratowania się za pomocą światła i ognia, z marzeniem o poczuciu bezpieczeństwa.

Samo słowo wigilia oznacza czuwanie, oczekiwanie.
Na co tak intensywnie, czasem wręcz boleśnie czekamy?
To lato i jesień są odpowiedzialne za skracanie się dnia, od pierwszego dnia zimy, czyli od przesilenia, jasność narasta. Można więc rzec, że to już przedsionek wiosny. Czekamy na światło z całym tego wszechpotężnym znaczeniem. Czekamy z olbrzymią na dzieją na lepsze.

Boże Narodzenie kulturowo stało się świętem rodziny. Nawet ci, którzy twierdzą, że one ich nie interesują, nie są w stanie nie zarejestrować tego faktu, choćby po to, by mu zaprzeczyć, powiedzieć, że nie chcą, nie potrzebują. W naszej kulturze od tych świąt nie da się uciec, jest to już obrządek nie tylko religijny, lecz i zwyczaj kulturowy. Kolędy w supermarketach, gromady mikołajów, śnieżynek i aniołków są nie do niezauważenia. Reklamy pokazują słodkie obrazy szczęśliwych rodzin.
Słucham wielu osób. Nierzadko one te rodziny maja, ale traktują święta jako przykry obowiązek do spełnienia, rytuał do odbycia, byle szybciej minęły i znów mógł przyjść czas niepamięci, znieczulenia.
Osoby, które wiedzą, że w te dni zapewne znowu ojciec w wigilię rano zniknie pod pretekstem ostatnich zakupów i wróci po kilku godzinach zupełnie pijany. Rodzina spróbuje go dobudzić na kolację, on się ogoli i ubierze w koszulę, zasiądzie, wszyscy będą udawali, że jest ok., ale woń alkoholu przy dzieleniu się opłatkiem będzie znowu nie do zniesienia.
Wiele ludzi ma wizję swej matki, która znowu, tradycyjnie, pomimo słów „w tym roku tyle nie robię” będzie nocami kleiła uszka, piekła, gotowała, sprzątała, wigilia przesunie się na 22, bo nie wszystko zostało idealnie zrobione. Potem wszyscy zasiądą do tej niby uroczystej kolacji, a matka będzie z podkrążonymi oczami, bez makijażu, wymęczona do granic, częstowała gości posiłkiem, który będzie stawał im w gardle.
Słucham ludzi, którzy pomimo, iż mają rodzinę, wybierają w ten wieczór samotność z butelką wódki, choć na co dzień nie piją. Ale raz w roku znieczulają się na cały ból i tęsknotę za bliskością, bo lepiej im tak, niż zasiadać do stołu ze skonfliktowanymi bliskimi, gdzie każdy na dwie godziny powstrzymuje się od komentarzy, ale przez to przy stole jest absolutna cisza.
Słucham, jak bardzo trudne jest dla wielu osób dzielenie się opłatkiem. Nie dlatego, że nie życzą dobrze swym bliskim. Dlatego, iż o uczuciach się nie rozmawia, nikt się nie przytula, a poza zwyczajowym cmokiem na urodziny nie ma bliskości. Podejście z opłatkiem do kogoś i powiedzenie mu kilku prawdziwych słów bywa zamiast przyjemne, potwornie krępujące. Potem każdemu trudno opanować bądź to rumieniec zawstydzenia tą chwilą odkrycia się, bądź uczucie skrępowania, i niby nic przejść do zwyczajowych powierzchownych, bezpiecznych rozmów o niczym.

Bliskość, miłość, bycie razem to jedna z największych tęsknot ludzkich, oraz jeden z największych problemów w relacjach. Pragniemy tego i od tego równocześnie uciekamy.
Święta są czasem krytykowanym, kojarzącym się ze zmęczeniem, ujawnieniem wszelkich rodzinnych słabości, bezlitośnie odkrywającym powierzchowność relacji, co wywołuje złość i niechęć, a jednak prawie nikt on nich nie ucieka. A nawet, jeśli jakiś człowiek odważy się samotnie te święta spędzać, to najczęściej pije i przeżywa żal, do którego się nigdy nikomu nie przyzna.

Tęsknota za światłem jest w każdym z nas, niezależnie od tego, jak głęboko ją schowamy i jak bardzo nie będziemy się do niej przyznawać.
Dla mnie są to święta nadziei. Reszta to tylko nakładka.
Jak obserwuję ludzi to stwierdzam, iż niezależnie od tego, jaki ten rytuał jest trudny do odbycia, nieprzeżycie go, symboliczne niepożegnanie ciemności jest jeszcze gorsze.
Z jednej strony chcemy być dorośli, cale życie leczymy się z naiwności, a z drugiej czasami mamy ochotę odpuścić i w cokolwiek uwierzyć. Pisałam o tym w tekście „Święty Mikołaj”, do którego dziś powtórnie zapraszam.

Życzę Wam w tych dniach przesilenia zimowego głębokiego przeżycia radości, jakie niesie Światło i odczucia rodzącej się na nowo Nadziei.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s