REFLEKSJE POŚWIĄTECZNE

Po świętach często w gabinecie pojawia się więcej osób, niż zwykle. Umawiają się na pojedyncze wizyty osoby, które już zakończyły terapię, dzwonią nowe. Mimo dni wolnych chętnie przychodzą osoby będące w terapii.
Ostatni wpis traktował o nadziei, jaką mimo realiów świata w sobie nosimy. O tęsknotach i marzeniach w nas ukrytych, by raz jeszcze poczuć się jak dziecko, do którego przychodzi Święty Mikołaj – nie w nagrodę za coś, czy pomimo naszych błędów. Przychodzi niosąc ciepło, bliskość i serdeczność z powodu samego faktu, że istniejemy.


Nadzieja jest zawsze, choćby nie wiem, jak się jej zaprzeczało. Kolejny raz większość osób dokonała olbrzymich przygotowań, szykowała elegancki strój, pakowała prezenty w błyszczący papier wyobrażając sobie roziskrzone spojrzenie obdarowanego. Sami mając nadzieję, iż w tym roku dostaną prezent trafiony, przemyślany, wcale niekoniecznie kosztowny. Większość myśli – może tym razem będzie inaczej. Nie trzeba będzie wciąż trzymać włączonego telewizora, by nie zapadła niezręczna cisza, a może wbrew wszystkiemu cała rodzina pośpiewa kolędy?
Jak się te marzenia spełniły? Dzisiejszy wpis będzie garstką świątecznych opowieści.

Okazuje się, że życie różnie szafuje rozdawaniem bajek i miłych niespodzianek.
Jeden mężczyzna zastanawia się, co chce mu przekazać jego matka sposobem dawania mu choinkowych prezentów. Samotnie go wychowywała, zawsze była nadopiekuńcza, jednocześnie oczekiwała od niego opieki i wsparcia. Z biegiem lat ich role się zamieniały. Ona jest coraz starsza i bardziej samotna, opiekuje się rodzicami, którzy doprowadzają ją do szału. Mimo 30 lat od faktu bycia porzuconą przez męża wciąż rozdrapuje w sobie te rany, pielęgnuje nienawiść. Syna kocha miłością zaborczą, zalewającą, obezwładniającą… jeszcze niedawno rozmawiali codziennie przez telefon. Mieli rytuał – on wychodząc z pracy tuż za bramą wykręcał do niej numer, po czym blisko godzinę dziennie rozmawiali głównie o jego życiu, o pracy, o wszystkim. Miła i piękna matczyna troska? Tak to wygląda. Jednak kiedy nie mógł zadzwonić, spotykały go łzy, wyrzuty i wywoływanie poczucia winy. Ona przecież nie może żyć bez tych jego telefonów. Umiera ze strachu o 30-letniego syna, doskonale radzącego sobie w życiu, robiącego błyskawiczną karierę zawodową, bardzo inteligentnego, zdrowego, energicznego, ze swym życiem osobistym….
On długi czas nie widział tego, że te telefony to jego obowiązek, który nałożyła na niego matka. One nie są tak naprawdę nastawione na niego, są prezentem dla matki, która żyje jego życiem. Zawsze gdzieś w środku czuł, że mimo, iż po wierzchu wygląda to jak wielka miłość i troska, on nie może nie zadzwonić, bo zrobiłby matce krzywdę. W którymś momencie nazwał sobie tę sytuację, ogarnęła go olbrzymia złość. Jedyne, o czym marzył w tej relacji, to się z niej uwolnić. Odmówił matce dawania siebie w taki sposób. Wciąż jest na nią wściekły. A ona czuje się skrzywdzona.
I przyszły święta. W jego wypadku to prezenty mówią najwięcej o podskórnej relacji. Matka zwyczajowo dostaje od niego swe ulubione perfumy. A on? Dostał rok temu drewniane podkładki pod szklanki. Jego zdziwienie nie miało granic. Młody facet, u którego akurat urządzanie domu stoi na ostatnim miejscu wśród priorytetów, dostaje rzecz tak absurdalną dla siebie, że wykrzesanie nawet sztucznej radości było niezwykle trudne. W tym roku był to do niczego niepotrzebny maleńki kalendarzyk.
On nie ma wymagań finansowych co do podarunków, sam może sobie wszystko kupić. Ucieszył go z serca dany zestaw ulubionych herbatek, chodzi o to, jak prezent wyraża stosunek do niego.
Zastanawiał się, jak matka, która żyła z nim w symbiotycznej wręcz relacji całe lata, może aż tak go nie znać? Jaki miała cel i zamysł dając mu tak przypadkowe, bezsensowne przedmioty? Co mu chciała przekazać? To, co na ten moment jest jasne, to fakt, iż ona jest również na niego wściekła. Odebrał jej siebie, cel, sens i potrzebę życia, jakiś szkielet, na którym się opierała. Wie, że jeśli mu wprost to powie, on się zezłości, zaprotestuje, nazwie sytuację, powie, że nie jest jej własnością i nie pozwoli się szantażować. Zamiast dać synowi emocjonalną wolność, woli okazywać mu swą złość i nieakceptację takimi drobiazgami. Miłość? Własność? Jak blisko czasem tym pojęciom do siebie….

Kolejna historia. Kobieta w podobnym wieku, która również żyła całe swe dotychczasowe życie w symbiotycznej relacji z matką, jak zwykle spędzała święta z rodzicami. Skąd się biorą tego typu związki między dziećmi, a rodzicami, napiszę innym razem.
Dziewczyna ta intensywnie pracuje nad tym, by ta symbioza się rozluźniła, gdyż już wie, że w innym wypadku nigdy nie pojawi się w jej życiu miejsce na miłość do mężczyzny. Ale tym razem święta zadziałały inaczej. Przypadkowym trafem rodzinny kot nagle się rozchorował i odszedł od nich dzień przed wigilią. Nałożyło się to tej kobiecie na klimat świąt – z jednej strony rodzinna bliskość, z drugiej powtarzalność. Kolejne takie same święta. Miłe, nudne, przeleżane, wkurzające, przewidywalne do bólu, przepełnione smutkiem i bólem, że kolejny rok siedzi przy tej uroczystej kolacji sama, bez swej własnej rodziny i dzieci szalejących pod choinką. Ale historia z kotem zmieniła kontekst, sprawiła, iż kobieta ta dostrzegła skańczalność życia. Każdy o tym wie, ale przychodzi moment, że trzeba to też mocno poczuć. Zazwyczaj spada na nas niespodzianie, z zaskoczenia, zastając nas bezbronnymi i odkrytymi wobec tej świadomości. Ona całe święta przeżywała olbrzymi lęk przed odejściem rodziców, przed swą własną bezradnością wobec świata. Nadal ciężko jej się z tym konfrontować. Można powiedzieć, że ten atak paniki jeszcze scementował symbiotyczny związek, że przez to będzie z nimi jeszcze bliżej, więcej, że nie zbuduje nigdy swego własnego życia. Może tak, ale ja też mam nadzieję, iż dostrzeże, że tym bardziej warto żyć swym własnym życiem, zbudować je tak, by nie być kiedyś samej.

Wysłuchałam też kilka historii, które są bardzo do siebie podobne, a związane z tym, ze ojcowie piją. Kolejne wigilie, do których zasiada rodzina udająca, że nic się nie dzieje, że nikt nie zauważa zataczającego się kroku głowy rodziny i zapachu maskowanego wodą kolońską. Przykre, smutne opowieści o wciąż takich samych wigiliach. To, co mnie podbudowało, to zachowanie jednej z kobiet. Co roku zachowywała się jadąc kilka dni wcześniej do rodzinnego domu jak policjant sterujący ruchem w trakcie awarii świateł. Stała po środku rodziny łagodząc napięcia, mediując, rozładowując atmosferę, oddzielając od siebie osoby, które lada moment mogą popaść w konflikt i kłótnię. Robiła wszystko, by rodzina zasiadła do tej kolacji w miarę relatywnie mało skłócona, by ta uroczystość przebiegła, o ile to możliwe, bez widocznych napięć. Tych podskórnych, budowanych długimi latami, rozładować się nie dało. Raz jej się udawało, raz nie, ale w efekcie była chyba najbardziej zmęczoną osobą w rodzinie. Pełnienie tej roli przez kilka dni z rzędu sprawiało, że miała ochotę z tego domu uciec i już nigdy tam nie wrócić, i tak co roku. Tym razem, po dość długiej pracy nad sobą, nie weszła w swą zwyczajową rolę. Ku jej zdumieniu okazało się, że te święta niewiele się różniły od poprzednich poza tym, iż ona nie była tak wyczerpana psychicznie. Trochę była, bo napięcie w tej rodzinie jest zawsze, ale zamiast być katalizatorem, pozwoliła sobie na we własne świąteczne przyjemności. Poczuła się, jakby sama sobie sprawiła największy prezent. Zobaczyła, ze nie jest przykuta do tej roli na zawsze, ze jeśli ona tego nie robi, rodzina sama nieświadomie pilnuje jakiegoś porządku.

Wiem, że wiele jest rodzin, w których kolacja wigilijna to święto całej rodziny, kiedy okazuje się sobie wzajemnie miłość i wzruszenie z faktu, iż wszyscy są razem.
Osoby, które są świętami zawiedzione, zezłoszczone, w których ten czas wywołuje wyłącznie przykre wspomnienia, u których otwiera on mocniej świadomość, jak jest trudno i przykro, czują czasem, że powinny milczeć. Że ich ból i smutek nie licuje z podgrzewaną przez media atmosferą. Wkurzone są tym, że rodziny wciąż coś udają szykując się tygodniami do świąt, do których nikt nie ma ochoty zasiąść. Odgrywają przedstawienie marząc tylko o tym, by się ono skończyło.
Wiem również, że przerwanie swego prywatnego milczenia zawsze wnosi coś nowego, wiedzą to wszystkie osoby tutaj opisane.
Usłyszałam też kilka opowieści od osób, które wybrały samotne spędzanie świąt, nierzadko z butelką alkoholu lub na nartach, na których jeździli wręcz do wyczerpania wszystkich sił, by zapomnieć o dacie. Zerwali swe więzi, można to zrozumieć, choć zastanawiam się, czy oni dzięki temu czują mniejszy ciężar?
Ja jednak myślę, że fakt, iż w obliczu takich ciężkich emocji w tych rodzinach pomimo to co roku wykonuje się wszelkie kroki tego samego rytuału, znaczy mimo wszystko coś ważnego, pokazuje siłę rodziny. Że jeszcze im się chce podtrzymywać w sobie nadzieję, choć nie wiedzą, jak ją zrealizować. Jest w tym jakaś ukryta siła.

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s