CHŁOPIEC, KTÓRY ZDZIERA SZATĘ

Dziś chciałam Wam pokazać ilustrację z życia do II części Graala, szczególnie do fragmentu o rozstaniu z matką. Jak trudno “zedrzeć z siebie matczyną szatę”, którą podarowała synowi w prezencie.


Pamiętacie mężczyznę opisywanego w “Samotności Kata”? Istnieje tam ciężka, skomplikowana, symbiotyczna relacja z matką. Dość rzadko takową można obserwować, prędzej między matką, a córką. Tutaj się wydarzyła.
Ta kobieta samotnie wychowywała syna, który teraz ma 30 lat.
Podobnie, jak matka Parsifala, Samotne Serce, całe swe życie poświęciła dziecku, jedynakowi. Ojciec i mąż zostawił ich, gdy była jeszcze w ciąży, wyemigrował za oceany w poszukiwaniu lepszego życia dla nich. Plany szybko mu się jednak zmieniły. Syn spotkał go pierwszy raz wiele lat później. Ale tu nie będę pisała o ich relacji, choć jest bardzo trudna. Ten młody mężczyzna ma do ojca uczucia zbliżone do nienawiści i mnóstwo pogardy. Całe życie żył nieszczęściem swej matki, która nie mogła przeboleć utraty męża i czekała na niego wiele lat. Jednocześnie widziała w nim całe zło świata, czuła się, i zapewne nadal tak jest, ofiarą. Chłopak spoglądał na ojca z jej perspektywy. Po kilkunastu latach niewidzenia się, gdy były mąż przybył do Polski i próbował z nią nawiązać relację, zgodziła się bez wahania i podjęła decyzję o życiu z nim, wyjechała wreszcie za ocean w poszukiwaniu swego szczęścia. Kilkanaście lat później, niż to pierwotnie było w planach. Miodowy miesiąc nie trwał długo, rozstali się w silnym konflikcie. Bohater tej opowieści pogardza matką za tę próbę, za taką słabość, za to, że była gotowa bez wahania przekreślić całą swą krzywdę porzucenia, zostawienia jej z małym dzieckiem, że nie miała honoru. I za naiwność, że myślała, iż uda się to posklejać po latach w jakąkolwiek całość, gotowość natychmiastowego wybaczenia.
Matka całe życie trzymała syna blisko. Miała wobec niego ambiwalentne uczucia. Był jej “jedynym mężczyzną”, czyniła z niego wręcz swego partnera w dyskusjach, decyzjach. On szybko wyrósł na kogoś, kto “wiedział lepiej”, podejmował bardziej racjonalne decyzje, głębiej je analizował. Przejął dużą część odpowiedzialności za matkę widząc ją słabą i bezradną. A o to obwiniał ojca. Jest też fizycznie do niego bardzo podobny, co zapewne matce ułatwiało tę identyfikację.
Z drugiej strony chciała w nim wciąż mieć małego chłopczyka, by jej nie opuścił.
Nie będę opisywała całego jego dzieciństwa, ale przytoczę kilka luźnych faktów na ukazanie tej dwoistości oczekiwań matki.
Niedawno opowiedział mi on historię zdrowotną – urodził się z drobnym problemem, który koryguje się poprzez niewielki zabieg w wieku dziecięcym – ze stulejką. Matka, mimo tego, że był to dla chłopca problem w funkcjonowaniu, zgodziła się na operację dopiero, gdy zbliżał się do formalnej dorosłości.
Analizowaliśmy ten fakt na spotkaniu. W zestawieniu z wieloma innymi wydarzeniami ma on głębokie poczucie, iż matka psychicznie go wykastrowała. Trzymała go przy sobie wiele lat, nie godząc się na zabieg zabezpieczyła się przed próbami współżycia, które mógłby podjąć. Myślę, że zgodziła się na operację tuż przed jego dorosłością, by pokazać mu, że dba o niego, że jej zależy, że zrobiła wszystko. Gdyby minął niedługi czas, sam już mógłby podjąć tę decyzję i nosiłoby to cechy buntu wobec niej. Uprzedziła fakty. Jednak on ma odczucie krzywdy. Do tej pory ta sfera życia w jakiś sposób go przeraża. Tym, że tak przedłużała w czasie fakt zabiegu, zatrzymała go przy sobie również jako mężczyznę, nie tylko jako dziecko.
Matka żyła zawsze jego życiem. Do zupełnej normy w ich relacjach należało to, że on wyjechawszy już z domu na studia, potem pracując, dzwonił do niej codziennie. Skończyło się to dopiero ok. pół roku temu. Nie było dnia bez mniej więcej godzinnej rozmowy o nim, jego życiu, o pracy, wnioskach, sądach, odczuciach. Opowiadała mu też o sobie. Czuł, że w tym wszystkim coś jest nie tak, ale sam przed sobą się do tego nie przyznawał karząc się za te myśli, zastępując je twierdzeniem, że matce na nim zależy, że jest jego przyjaciółką i jest to wyraz ich znakomitej relacji, bliskości. Gdy przyjrzeliśmy się tym rozmowom, starczyło bardzo krótkiego czasu, by uświadomił sobie, że darowuje jej w prezencie codzienne wydarzenia własnego życia, a on wcale nie potrzebuje tego zwierzania się i rozmów na swój temat. Dawał matce materiał do funkcjonowania. Czuł się przez to w jakiś sposób użyty, wykorzystany.
Gdy to sobie uświadomił, zakończył te rozmowy. Matce oczywiście ciężko było to zaakceptować, buntowała się, płakała, wywoływała poczucie winy, zaczęły się ogromne kłótnie i szantaże wręcz tym, że ona umrze. U mężczyzny tego uruchomiły się gigantyczne wręcz pokłady złości do matki. W matce do niego również, tylko oboje inaczej to okazywali. On wprost, przynajmniej częściowo. Ona – zupełnie nie wprost. To on otrzymał te drewniane podkładki pod szklanki w prezencie choinkowym, o czym pisałam w “Refleksjach poświątecznych”.
Matka pokazywała mu swą urazę jak tylko mogła.
I ostatnio, tuż po “II części Graala” mieliśmy kolejną rozmowę na temat ich symbiotycznego związku i tego, jak on psychicznie ciasno go oplata, wręcz do odczucia zaduszenia. Ten młody człowiek ma taki poziom złości do matki, że już nie umie wyobrazić sobie większego.
Rozmawialiśmy o tej symbolicznej “samodziałowej szacie“, jaką matka podarowała synowi w legendzie, gdy wyszedł z domu na poszukiwanie pięciu rycerzy, czyli kwintesencji życia.
Każdy młody mężczyzna, a szczególnie wychowywany przez samotną, zawieszoną na nim emocjonalnie matkę, ma tę szatę. Szczególnie mocno ją odczuwa, gdy jest jedynym, lub przynajmniej największym sensem jej istnienia.
Bohater mej opowieści wyruszył w swe własne życie, “ubrał czerwoną zbroję”. Nieświadomie przyjął agresywną postawę wobec świata, szczególnie kobiet, co dość dokładnie zostało opisane we wpisie o kacie. Ma do nich taką wciekłość, że nie umie ich szanować, nawet, gdy napotyka osoby jego zdaniem tego warte. Tę dwoistość pokazuje nawet relacja terapeutyczna – szanuje mnie bardzo, ogrom tego odczucia widzę i czuję. Jednocześnie to, że jestem kobietą, jest faktem niezaprzeczalnym, ale jemu nie pasującym do głębokich struktur, jakie obronnie sobie wytworzył. On zatem nigdy nie przyjął do wiadomości istnienia mej płci (jak do tej pory). Jestem dla niego guru bez płci. Jest to skumulowana przez 30 lat ściekłość na ojca za porzucenie rodziny, na matkę o ubezwłasnowolnianie emocjonalne i psychiczną kastrację. Złość ta jest przeogromna. Do tego wszystkiego w większości była przez niego sobie nieuświadamiana, jeśli idzie o przyczyny. Miewał takie przebitki, że jest wściekły na ojca, ale długimi latami nie wiedział, jak bardzo na matkę.
“Zbroja”, pod która ma tę “samodziałową szatę” nie została w nim przez ten fakt oswojona. Praktycznie nie umie jeszcze konstruktywnie korzystać ze swej pozytywnie rozumianej agresji, na razie jest niszczycielski, ale pierwsze przebłyski już widać. Sukces w tym momencie terapii polega na tym, iż uświadomił sobie jej źródło. I widać, jak łagodnieje.
Aktualnie przeżywa fazę zdzierania z siebie tej szaty od matki. Zgodnie z symboliką z II części Graala, musi złamać, zniszczyć do końca lojalność wobec niej, by stać się mężczyzną. Nie postawiłam mu takiego zadania. Jest to emocjonalny proces, który, terapeutycznie uruchomiony, teraz sam płynie swym nurtem. Ma opowieść jest tylko ilustracją.
Teraz ma dwie grupy wizji, wyobrażeń, jakie mu towarzyszą. Nie ma to oczywiście niczego wspólnego z choroba psychiczną, choć większości ludzi właśnie takie skojarzenie pojawia się na słowo “wizje”. Każdy chyba zna ten stan, kiedy w permanentnej wściekłości miałby ochotę czymś rzucić, kopnąć, zniszczyć, rozwalić, zemścić się. Ten mężczyzna teraz to przeżywa, tyle, że nie trwa to malej chwilki, a jest aktualnie jego stanem permanentnym.
Z jednej strony ma wizje, jak niszczy matkę fizycznie. Kopie, wbija ziemię. Rozszarpuje na kawałki. To też jest ciekawe, gdyż opisał to w taki sposób – wbija jej dwie ręce w klatkę piersiową, rozszarpuje, a ona nagle rozpada się na okruszki, następuje stan dezintegracji absolutnej. Niszczy ją w sobie wręcz komórkowo.
Pamiętajmy, że to nie ma nic wspólnego z realnym zniszczeniem matki, tylko jej reprezentacji w sobie.
Zinterpretowaliśmy to również symbolicznie – rozrywa ją na poziomie serca. Matka Parsifala miała na imię Samotne Serce, i ono właśnie jej pękło, gdy syn odszedł. To marzenie o dezintegracji pokazuje, jak silnie ona w niego ingerowała, skoro on potrzebuje aż tak doszczętnie ją zniszczyć. Dodam tylko, że te fantazje miał przed przeczytaniem tekstu, nie zasugerował się nim.
Mężczyzna ten ma też drugą grupę wizji, rzekłabym, kontrastową. Ma wyobrażenia seksu z matką. Zapytałam, czy miałby to być wyraz agresji – seksem też można kogoś upokorzyć, zniszczyć. Ale nie. Jest to seks łagodny, za przyzwoleniem obu stron ( w jego wyobraźni wyłącznie, oczywiście).
O czym to świadczy? Przez całe życie był jedynym mężczyzną w życiu matki. Na nim skupiła się całkowicie, jemu wszystko oddała. Nie zgodziła się symbolicznie (brak zgody na operację stulejki) na inne kobiety w jego życiu. Objęła palmę pierwszeństwa, a on się czuł wyróżniony w jakimś sensie. Zawsze był dla niej reprezentantem, zastępcą jej męża, gdy tamten odszedł. A on jako dziecko został w ten trójkąt uwikłany.
Zatem z jednej strony wizje seksu, z drugiej zniszczenia. Konflikt między dawną lojalnością i przyjętą, narzuconą rolą, a chęcią absolutnego uwolnienia się.

Ten proces jest już tak silny, że nie mam wątpliwości, jak się zakończy. Chłopak poprzez swą wewnętrzną wściekłość uwolni się do końca z roli jedynego mężczyzny swej matki, oderwie się od niej, kwestia jedynie czasu, świadomości, zgody. Z tym nie ma już problemu. Dzięki temu będzie mógł oswoić swą agresję, i zamiast słabością, stanie się jego siłą.
Poważniejszym problemem jest bardzo głęboko ukryta tęsknota za nią. Mimo uwikłania go w innych aspektach dobrze pełniła swą rolę, dała mu też dużo miłości zwyczajnie matczynej. Ma odczucie wdzięczności do niej, słuszne zresztą, a to utrudnia mu całkowite zniszczenie tej relacji. Ale i z tym da sobie w trakcie terapii radę.
Kiedyś znów będzie mógł nawiązać z nią relację, ale z innego poziomu – dorosłego mężczyzny. Wolnego w okazywaniu synowskiej miłości, i spełnianiu bądź nie jej oczekiwań.
Mam też ochotę napisać Wam – nie bójcie się takich wizji agresji wobec bliskich. Póki nie przeradzają się one w czyn – w złe słowa, w złe gesty, są uświadamiane, rozmawia się o nich i bada ich znaczenie – są wyrazem wewnętrznego procesu rozwojowego, a także mechanizmem obronnym – pozwalają na niejakie odreagowanie, sprawiają fizyczną i emocjonalną ulgę.
Pracując z tym mężczyzną bywam poruszona na wielu poziomach, ale tu napiszę jedno – wciąż żyjemy w jakichś legendach, wypełniamy dosłownie ponadczasowe symbole. Opisując Wam mity nie odrywam się od codzienności. W świecie zmieniają się dekoracje, ale istota rzeczy na poziomie rozwoju człowieka i wartości, przeszkód do pokonania jako warunku dobrego życia wciąż pozostają takie same.

 

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s