DO KOŃCA ŻYCIA

Kiedyś napisałam tekst „Matki bezdzietne”. Wiele osób, szczególnie mężczyzn, go pominęło, co rozumiem – tematyka bardzo kobieca. Natomiast była grupa osób, która zareagowała na niego silnymi emocjami, odnalazła w nim swój ból niespełnionego macierzyństwa i niezrozumienia przez otoczenie, nawet najbliższych.
Dziś w pewnym sensie chciałam napisać ciąg dalszy tej opowieści. Wyjątkowo nie będzie tu wyraźnego mojego komentarza, bo los pisze własny. Ja jedynie przekażę Wam to, co usłyszałam.

Przedstawiłam w tamtym tekście kobietę, która wiele lat toczyła batalię o urodzenie dziecka. Dziś już wiemy, że jej szansa minęła. Od ponad roku konfrontuje się z tą prawdą w sobie, oswaja ją na tyle, by dało się z nią żyć, by nie płakać ciągle, nie rozpaczać i nie tkwić w skamienieniu.
Była w ciąży cztery razy. Trzy straciła dość szybko, na początku, jedną zaś nieco później. Na tyle późno, by wiedzieć, że był to chłopczyk.
I miał Zespół Downa.
Za jej decyzją, która od początku była dla niej intuicyjnie, biologicznie jasna, miał się urodzić. Kochała go, pragnęła być matką, widziała już siebie z nim w ramionach.
Ale to była tylko jej decyzja, nie męża.
Powiedział wtedy, że nie udźwignąłby tego, że by odszedł, ale to nieprawda. Za bardzo kocha tę kobietę, co widać po innych zdarzeniach, które przyszły później.
Ale nie uprzedzajmy faktów. Na razie dzieją się lata, w których ta kobieta zachodzi w ciąże. I je traci.
Była wówczas bardzo aktywna zawodowo, ambitna, prawie pracoholiczka, choć toczyła się w niej wyraźnie zmiana priorytetów. Kiedyś myślała z naiwnością młodego człowieka, że ma jeszcze czas na dziecko, że wszystko przed nią. Zatem w jednej, drugiej ciąży „tylko szła dokończyć sprawy” w pracy, tylko dziś, tylko raz, tylko ten jeden dzień, na parę godzin. I traciła je.
Dziś czuje się winna ich śmierci.
Ostatnio usłyszałam, że je zabiła.
Zabiła zaniedbaniem, niedostateczną uwagą i troską, tym, że natychmiast nie zalegała w łóżku z nogami do góry, ciepła i bezpieczna razem z ciążą.
To bardzo subiektywne spojrzenie, równie dobrze mogła nie wiedzieć jeszcze, że jest w ciąży i pójść do pracy, ale to nie zmniejsza jej odczucia swej winy.

 <!

Im więcej strat, tym karuzela pragnienia dziecka kręciła się coraz szybciej, była już nie do zatrzymania, istniał już prawie tylko ten jeden temat, jedno pragnienie.
Zatem pojawiły się zapłodnienia in vitro, kosztowne finansowo, biologicznie i emocjonalnie.
Biologicznie – bo proces ten za każdym razem wymagał mnóstwa badań, ale i brania zastrzyków, leków, wszystko to wprawiało jej organizm  w ciężką do wytrzymania huśtawkę hormonalną. Trudne to było do udźwignięcia emocjonalnie, ale najgorsze przychodziło po zapłodnieniu – czekanie, czy się powiodło. A potem, czy organizm utrzyma wczesną ciążę…. Już wiemy, że nie. Mimo starań, które większe być nie mogły. Znów odczucie straty, żałoby po zniknięciu nadziei.

 

Wiele osób, które tego nie przeżyły, zapyta może w tym miejscu – po co? Jaka jest granica walki o dziecko? Ile można, trzeba, warto poświęcić, a od którego momentu jest to już zniszczenie siebie? Czy nie można żyć godziwie bez  dziecka, za to w szczęśliwym małżeństwie, realizować się zawodowo i jako fantastyczna ciocia mnóstwa dzieci? Czy nie można dziecka zaadoptować?

 

Z tej historii wnieść można jedną konkluzję – jak silna jest biologiczna potrzeba macierzyństwa….
Ale wróćmy do opowieści.
Oczywiście, że mogła się spełniać jako ciocia i adoptować dziecko.
Z tą myślą namówiła męża na kurs dla rodzin adopcyjnych.
Kilka słów o nim – on nie chce, nie potrzebuje dziecka. Jedno ma z poprzedniego związku, teraz chce szczęśliwego i spokojnego życia ze swą ukochaną żoną. Ale ukochana żona pragnie dziecka, zatem on brał w tym wszystkim udział dla niej, by czuła się spełniona.
Ukończyli ten kurs. On zapewne myślał, że ta potencjalna adopcja jest jakąś hipotezą życiową, mało realną, od początku dawał wyraźne znaki, że on adoptować dziecka nie chce.
Szukali zatem innej drogi. Fundacja. Świetny pomysł, można zrobić wiele dobrego, ale nie zaspokaja uczuć macierzyńskich… zatem rodzina zaprzyjaźniona. Istnieje takie rozwiązanie prawne.
Wyjście idealne? Poniekąd, teoretycznie, tak. Podpisuje się umowę z Domem Dziecka (za zgodą sądu) na stanowienie takiej rodziny dla jednego ich wychowanka. Można mu pokazywać życie, uczyć, być z nim, dać poczucie, że jest dzieckiem najważniejszym na świecie, a jednocześnie nie mieć pełnej pieczy.
Świetnie, ale w tym wypadku sytuacja się zawikłała. Otrzymali bowiem chyba najtrudniejsze, najbardziej zaburzone dziecko pod opiekę. Sytuacja ta wnosi niewiele satysfakcji, za to mnóstwo bezradności, smutku,  poczucia, iż wszelkie wysiłki spełzają na niczym, bo sama choroba, a też i system, w jakim dziecko żyje, uniemożliwiają osiągniecie czegokolwiek. Pojawiają się efekty, ale małe i na krótko.

 

Co dalej? Ona chce się opiekować tym dzieckiem pomimo wszystko. Mąż ma dość. Nie może patrzeć, jak ono testuje jego żonę krzycząc, wyzywając, wpadając w szał. On już nie widzi sensu, choć na początku brał w tym udział, nie widzi swego miejsca w tym wszystkim, powoli zaczyna stawiać warunki i się odsuwać. Był w stanie zrobić dla swej żony bardzo dużo, ale też i u niego istnieje pewna granica dawania.

 

Ona wraz z powiększaniem się odczucia bezradności związanego ze stanowieniem tej opieki doświadcza fali tamtych starych uczuć związanych z utraconymi dziećmi. Wróciło gigantyczne poczucie winy z powodu ich utraty. I potrzeba, która jest tak silna, że nazwałabym ją wewnętrzną  koniecznością, spłacenia tego długu.

 

Pytałam, jak długo i w jaki sposób chce ten dług spłacać. W pewnym sensie to, że opieka nad tym dzieckiem jest tak trudna, jej umożliwia pokutowanie za swą subiektywnie widzianą winę.
Pytam – do kiedy będzie to robiła? Ze łzami powiedziała – do końca życia.
Jaką cenę jest w stanie zapłacić, skoro mąż już w tym nie daje rady?
Istnieje w niej wręcz zgoda na to, by on odszedł, skoro nie dźwiga sytuacji – bo ma prawo. Ona w  konieczności pokutowania jest w stanie poświęcić nawet to małżeństwo.

 

Jakich wyborów dokonaliby inni? Co ona dalej postanowi? Czy zechce być osobą opiekującą się już do końca życia trudnymi dziećmi po to, by złagodzić swój ból i poczucie winy, czy jednak zdecyduje się na szczęśliwe życie u boku męża, ale bezdzietne? Czy ta żałoba może się kiedyś skończyć?
Czy ona ma prawo jeszcze czegoś chcieć w tej sytuacji od męża? Czy ma prawo decydować za siebie i za niego o istnieniu bądź nie tego małżeństwa? Czy wybaczy mu kiedyś to, że nie chciał adoptować dziecka? Czy nie powinna podzielić z nim swej pokuty i żałoby, skoro oboje stracili te ciąże? I najważniejsze – czy ona naprawdę jest winna?
Co należy zrobić w takiej sytuacji?
Jeszcze nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań. Dziś piszę tekst bez wniosków. Kiedy pojawią się kluczowe rozwiązania tej sytuacji, napiszę o nich.
Jeśli ktoś przeżył podobne dylematy i  zachciałby się nimi podzielić, zapraszam, bo w takiej sytuacji każda uwaga, a dla bohaterki odczucie, iż nie jest sama, są cenne.

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s