ZADUSZKI

Rok temu dzień przed świętem zmarłych w tekście „Koło życia” pisałam o lęku przed śmiercią.

Dziś myślę o Zaduszkach. Dzień po Wszystkich Świętych, nieco zapomniany, nie traktowany i nie obchodzony już w żaden szczególny sposób, choć egzystuje w naszej świadomości.

Staropogańskie Dziady, kiedy to żywi pomagali zmarłym przejść z czyśćca do nieba. Karmili ich składając ofiary z jedzenia, palili ognie na mogiłach, by tamci mogli się ogrzać w ich cieple, a także znaleźć drogę do lepszego świata. To czas dialogu tych, którzy jeszcze toczą swoje życie, z tymi, którzy stąd odeszli.

Prawie każdy odwiedzając swych bliskich staje nad ich grobem i toczy rozmowę. Opowiada, zwierza się, stawia pytania. Żałuje, przeprasza, prosi o wybaczenie. Ze zmarłymi nierzadko łatwiej. Oni też czasem, w odczuciu wielu osób, mają dla nas już znacznie większe zrozumienie, niż kiedyś.

Dziś pojawiło mi się pytanie, kto bardziej potrzebuje Światła, wskazania drogi, nadziei, ukojenia.

Nie wątpię, że zmarłym należy palić świece dla podtrzymania pamięci, z szacunku, tęsknoty, miłości. Jak pisałam rok temu, nierzadko robimy to też z lęku przed własną śmiercią.

Dziś myślę o tych, którzy stracili swe nadzieje, dla których życie na jakiś czas się skończyło. Bezradni już, bo już nie został do wykonania żaden gest.

O wszystkich zawiedzionych, niekochanych, odrzuconych, którzy albo rozpaczają płacząc, albo idą do lasu rąbać drewno z furią godną puszczy amazońskiej. Tych, którzy w rozpaczy samotnie spędzą nadchodzące święta. Oni na jakiś czas pozbawieni mechanizmów obronnych czują swą samotność i ból niekochania wprost, bez żadnych rytuałów łagodzących.

Myślę też o tych, którzy żyją z drugim człowiekiem rozmijając się z nim, jakby mówili innymi językami. Kochając się okazują sobie nienawiść i pogardę, ranią się z wielu różnych powodów. Rozmawiając docieramy zazwyczaj do uczucia straty, żalu, zawodu, bólu. Do samotności i bezradności.

Wspominam także tych, którzy boją się swego życia umykającego im na takim oswajaniu strachu, że aż brak energii do istnienia. Wszystkich tych, którzy obawiają się otworzyć na ludzi, zaryzykować zaufanie i bliskość bojąc się bólu ostrzejszego, niż ten oswojony. Tych, którzy zatopieni w nerwicach natręctw, w nałogach, w obsesyjnym tresowaniu swego ciała nie zdają sobie sprawy, że zaprzeczają części siebie. Gdy się zaczynają integrować, zazwyczaj docierają do nich wyparte uczucia. Jakie? Oczywiście, prócz złości, samotność i bezradność.

Myślę też o wielu osobach, które zatrzymały się na pewnym etapie rozwijania swojego życia. Często z lojalności i troski o rodziców pozostają z nimi nie budując swego losu, mimo dorosłości tkwią częścią siebie w dzieciństwie – smutni, samotni, z poczuciem, iż nie mogą inaczej, bo są winni poświęcić siebie za to, co wcześniej dostali.

Kilka razy pisałam o lękach ostatecznych – tych wielką literą, egzystencjalnych, ponadczasowych.

Dziś o dwóch zwyczajnych, codziennych. Strachu przed samotnością i bezradnością. Bezradnością wobec samotności. Samotnością w bezradności. Wszystko splecione jak warkocz, nie wiadomo czasem, co jest czym. Wiadomo tylko, że boli, z jedną tylko zmienną. Albo boli wprost, co mimo cierpienia jest lepsze, bo można się z tym skonfrontować, albo jest to ból ukryty za innymi objawami.

Dziś chciałabym zapalić świecę dla tych, którzy trwają i przeczekują, aby znów chciało im się żyć.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s