TANIEC WŁADZY I ULEGŁOŚCI

Jest to czwarty wpis z tego cyklu ukazujący trzecią koluzję, która w języku psychodynamicznym nazywa się dość nieładnie – analna, zatem postaram się raczej unikać tego słowa na rzecz władza i podporządkowanie, bo to jest istota dziś poruszanego problemu.

Najpierw rys rozwojowy. Dziecko w drugim roku życia już sprawnie się porusza z niezmordowaną energią eksplorując świat, zaczyna też świadomie komunikować się werbalnie. Jednym z pierwszych wyrazów w jego słowniku jest słowo nie, które przysparza czasem wielkich utrapień rodzicom.

Z przemiłego niemowlaczka wyrasta powoli człowieczek, który coraz wyraźniej wie, czego chce, a czego nie, upiera się przy własnych pomysłach nie mając jeszcze intelektualnych narzędzi do analizy sytuacji, więc nie wiedząc, co jest bezpieczne, dozwolone, pożądane. Zaczyna się czas stawiania mu przez rodziców granic, który na dobrą sprawę trwa kilkanaście lat:)

Matka w tym okresie zaczyna odczuwać wiele dodatkowych (poza tymi z pierwszego roku życia pociechy) lęków o dziecko i w związku z dzieckiem, a także sobą, swoimi reakcjami. Gubi się czasem co do sposobu stawiania wymagań i oczekiwań, konsekwencji w ich egzekwowaniu, bywa zagubiona w kwestii, czy nie jest za surowa, a może za łagodna, kiedy odpuścić upartości pociechy, a kiedy nie.

Dziecko również balansuje na tej samej huśtawce albo wykorzystując nadmierną łagodność, albo reagując oporem na zbyt sztywne granice. Na dobrą sprawę dać komuś receptę, jak dokładnie wychowywać latorośl w aspekcie jego buntu, jest praktycznie nierealne. On się odbyć musi, jest elementem rozwojowym, od którego nie ma ucieczki, służy między innymi budowaniu swej tożsamości, odpowiedzi – kiedyś – na pytanie, kim jestem, jaka jest moja siła, uczy stawiania granic w dorosłości. Niejednokrotnie dorosłe osoby nieświadomie lub świadomie kopiują zachowania swych rodziców, choć wcześniej wielokrotnie zapewniali, iż nigdy tego nie zrobią. Stąd też problem władzy i uległości rozgrywa się na przestrzeni pokoleń. Wiele osób ma wspomnienie niezwykle surowych rodziców, którzy nie zważając na jego potrzeby w dzieciństwie, egzekwują od niego twardo pewne zasady bez wyjątków, nie dając prawa do dyskusji, negocjacji, wyrażenia zdania. Czują, jakby wychowali się w kajdankach i okowach. Czasem w okresie dojrzewania udaje im się z tego wyrwać, czasem nie. Ale na pewno reagują na świat mieszaniną buntu i lęku, który został im głęboko wpojony. Czasem wyraźniejsza jest jedna reakcja, czasem druga. Ale często bywa tak, iż mając już swoje dzieci nieświadomie powielają wzorzec – bo taki znają najlepiej. Jest też dużo osób, które miały nadopiekuńczych rodziców pozwalających im na bardzo wiele, wyręczających, nie stawiających granic. Takie osoby również wcale nie najlepiej radzą sobie w zewnętrznym świecie, który stawia oczekiwania – nie nauczyli się w domu rodzinnym na nie odpowiadać, chronić się, bo nie było takiej potrzeby. I oni reagują strachem i buntem.

Tłem do obydwu postaw rodzicielskich jest ich lęk. Nie wiedzą, jakie zachowanie wobec dziecka jest prawidłowe, nie umieją wybalansować, zatem albo są nadmiernie sztywni, surowi i egzekwujący, bo boją się utracić autorytet, albo zbyt łagodni i ulegli, bo nie chcą popaść w konflikt ze swoim dzieckiem i utracić jego miłości. Takie matki często wręcz boją się swoich dzieci, ich buntu, krnąbrności, upartości.

Oczywiście, że rodzice są silniejszą stroną, ale i dziecko posiada duży obszar władzy. Matka czy ojciec nie powinni pozwolić sobie na utratę równowagi w obecności potomka, wybuch, akt agresji, szantażowanie pociechy swym płaczem bądź innymi groźbami, pokazywania się jako ofiara. Dziecko może pozwolić sobie na wszystko i używa tej władzy czasem niezwykle stanowczo.

Niejedna matka w obawie przed utratą miłości dziecka, więzi z nim, kapituluje pod ostrzałem jego buntu.

Ta faza rozwojowa nosi nazwę „analna”, gdyż trening czystości jest jedną z pierwszych czynności, w której oczekuje się od dziecka kontroli. Poza tym oczywiście rozgrywa się walka na wszystkich innych obszarach rozwoju – na ile dziecko fizycznie ma prawo okazywać emocje, a na ile już ma o nich informować werbalnie, jakie są zasady, oczekiwania. Dziecko uczy się, na jakich płaszczyznach musi się podporządkować, a na jakich ma prawo do autonomii. Tworzą się zręby tego, jak kiedyś wyglądało będzie jego małżeństwo. W przypadku zbyt autorytarnych lub zbyt uległych rodziców dziecko nabywa przekonania, iż związek oparty jest na władzy i zależności, rozstrzygnięciu, kto tu rządzi. Będzie miało tendencję albo do bierności, uległości, podporządkowania, biernego oporu, być może kłamstw, manipulacji i szantaży emocjonalnych, postawy bierno – agresywnej, albo do stosowania nakazów, występowania z pozycji siły, nieuwzględniania argumentów drugiej strony, czasem nawet do agresji fizycznej.

Charakter analny rozwija się na kilku płaszczyznach:aktywność – bierność, samodzielność – zależność, władza – uległość, sadyzm – masochizm, oszczędność – rozrzutność, pedanteria – niedbałość, porządek – chaos. Oczywiście najczęściej w pary dobierają się osoby z dwóch różnych krańców continuum tego samego problemu, podobnie, jak to było w koluzjach narcystycznej i oralnej. Kluczowy jest tu lęk – albo osoba jest jawnie lękowa i bierna, albo się boi uległości i nadmierna ostrość w sprawowaniu władzy jest obroną.

Charakter aktywny bardzo często zajmuje stanowiska związane z władzą, silnie podporządkowuje sobie podwładnych żądając wykonywania zadań bez dyskusji, jednocześnie pragnie być doceniany, lubiany i szanowany. Podobnie jest w rodzinie – żądają posłuszeństwa i często bliscy pozornie mu to dają. Ale na pewno każdy zna historie, kiedy to z panem domu się nie dyskutuje i przyznaje rację, a po cichu robi swoje. Takie osoby doskonale zdają sobie sprawę i wiedzą, że ich władza bywa pozorna, to wzbudza w nich lęk, przez co zaostrzają oczekiwania uległości. To błędne koło nie ma końca. Taka osoba nie potrafi uznać, że druga strona ma prawo do autonomii, że prawdziwe porozumienie i posłuszeństwo rodzi się w atmosferze braku przymusu.

Czasem ta władczość i chęć kontroli wyraża się delikatniej, np. oczekiwaniem, iż współmałżonek będzie dzielił się wszystkimi myślami, uczuciami, zdawał relację z każdej chwili, wciąż się kontaktował mówiąc, gdzie jest i co robi. Pod pozorami otwartości w miłości uzyskuje kontrolę i władzę, często wykorzystuje przeciwko partnerowi uzyskane informacje. Każdy potrafi intuicyjnie odczuć prawo lub konieczność mówienia wszystkiego.

Czasem nadmierna pedanteria i niby słuszne oczekiwanie porządku, stałych rytmów może też być sposobem na trzymanie kontroli nad rodziną, kiedy to władca nie uznaje potrzeb innych, ich niemożności, brak mu tolerancji. Taka osoba „zawsze ma rację”, potrafi to „logicznie” uzasadnić i w ten sposób spycha partnera na pozycję zależności.

Uzupełnieniem w parze dla takiej osoby jest charakter pasywny. Przyjmuje bierną postawę, nie stawia oporu, zachowuje się regresywnie. Jednakże nie jest to prawdziwe podporządkowanie, w ten sposób tacy ludzie również uzależniają od siebie partnera dając mu pole do dominacji, czego partner bardzo potrzebuje. Często sprawują w ten sposób władzę w sensie ukrytym, pochlebstwami uzyskują realizację własnych celów, przymilnością korzyści, delikatnie sugerują, jakie ten aktywny powinien podejmować decyzje. Bronią takiej osoby jest poczucie krzywdy, które prezentuje, gdy czegoś nie osiągnie, wywołując w partnerze poczucie winy, eskalując swe nieszczęście milczeniem, „ukrywanymi” łzami.

Mają z tego ogromny zysk emocjonalny i społeczny – postawa uległości, podporządkowywania się władzy, szczególnie u kobiet, jest podziwiana, obdarzana współczuciem, a popędliwy, agresywny sposób postępowania męża potępiany. Ilekroć się słyszy, że ktoś jest prawie święty, cierpliwy, że bez niego ten tyran by sobie nie poradził. Faktycznie, to ostatnie jest prawdą – na tym polega władza osoby pasywnej. W efekcie para zwiększa swą wzajemną zależność, oboje w tym nieświadomie współpracują.

Partner aktywny wręcz rości sobie prawo do posiadania małżonka, jego oddania, uwagi, podporządkowania, a pasywny chętnie na to przystaje, gdyż często jest związany silnymi, również zaburzonymi więziami ze swymi rodzicami i jest to dla niego sposób na oderwanie się od nich. Oczywiście brzmi to jak metoda „z deszczu pod rynnę”. Osoba aktywna przejmuje częściowo za nią walkę z rodzicami i bywa obwiniana o zrywanie tych relacji, a pasywna często lawiruje między stronami chcąc utrzymać niby dobre relacje z obydwoma, w efekcie przeciągając konflikt na długie lata. W ten sposób też ujawnia się jego władza.

Tak, jak napisałam wcześniej, dla obydwu takich osób wspólny jest lęk. Partnerzy polaryzują się w jego okazywaniu – osoba pasywna jawnie go prezentuje postawą zależną nie okazując swej siły i niezależności, osoba aktywna go wypiera przerzucając na partnera. Jest to lęk przed odkryciem własnej słabości i zależności, przed odrzuceniem, samotnością. Tak, jakby mówili do siebie „w tym związku mogę być władczy i potężny, bo ty jesteś uległy i bierny”, i odwrotnie – „w tym związku mogę być zależny i pasywny, bo ty jesteś silny i potężny”.

Wiele par działa w ten sposób i nie dochodzi w nich do eskalacji konfliktu. Pojawia się on wówczas, kiedy to z jakiegoś powodu u jednego z nich ujawniają się ukryte, wyparte treści. Partner aktywny może doświadczyć dużej porażki, choćby zawodowo, albo ma problemy ze zdrowiem, bądź zdarzą mu się inne trudne sytuacje. Jego wizja siebie jako kogoś niezależnego, silnego, upada, regresuje się, doświadcza bezradności, powracają lęki przed zależnością. Wówczas z jednej strony bardzo się tego boi, złości na siebie, los, paradoksalnie na współmałżonka, a z drugiej oczekuje nagle dużej ilości wsparcia. Pasywny przeżywa wówczas odczucie wielkiego zagrożenia, bo widzi, że nie może się już opierać na aktywnym, często odmawia wsparcia lub udziela pozorowanego, jest wściekły o tę słabość. Oczywiście tym wywołuje kolejną falę złości aktywnego. Każde z nich dąży do przywrócenia równowagi we władzy i podporządkowaniu. Bierny partner czasem w tej sytuacji również popada w problemy, jeszcze większe, niż władczy, by uzyskać to, co zawsze – możliwość podporządkowania się, uzyskania opieki, przez co oboje uzyskują z powrotem swą równowagę w parze. Doprowadzają swe zachowania do absurdu, byle by tylko sposób współpracy się nie zmienił. Czasem bywa tak, że osoba bierna wręcz potrafi doprowadzić swe życie do granicy – np. „przejęta” problemami partnera podejmuje próbę samobójczą, bądź zapędza się w ciężką chorobę. Niezwykle trudno rozdzielić, co jest w tym medycznym faktem, a co psychicznym dążeniem do zależności. W efekcie obydwoje trzymają się w swego rodzaju szantażu emocjonalnym, każdy musi spełniać swą rolę, by nie być odrzuconym przez partnera.

Jest mnóstwo takich małżeństw, w których oboje wciąż podkopują swą pozycję, obdarzają się co rusz złośliwościami, szczególnie w towarzystwie, ubranymi w niby-formułę żartu, udowadniają publicznie wzajemnie beznadziejność partnera. Robią to też sam na sam już nie przebierając w środkach, używając każdego możliwego argumentu, by tylko jak najboleśniej zranić i uzyskać przewagę widząc łzy lub wycofanie drugiego. Potem nierzadko to atakujące zaczyna pocieszać drugiego dając do zrozumienia, że mimo jego beznadziejności i tak z nim jest, jakby to było wielkie poświęcenie i szlachetność ducha. Wręcz oczekuje wdzięczności, a gdy jej nie uzyskuje (bo jak być wdzięcznym za to, że się wcześniej zostało zniszczonym, a potem przez agresora łaskawie pocieszanym?), znów atakuje za niedocenianie. Kolejny przyczółek władzy nad partnerem został osiągnięty.

We wszystkich koluzjach może zdarzyć się tak, że odbywają się one symetrycznie, tzn każde z partnerów dąży do zajęcia dokładnie tego samego miejsca, funkcjonowania w tej samej roli, co drugi. Np. oboje mogą dążyć do brania niewiele chcąc dawać, oboje żądać uwielbienia, ale najwyraźniej widać to w tej dziś opisywanej. Mianowicie oboje mogą chcieć sprawować władzę w związku. Każde w wyniku wypierania swej emocjonalnej zależności (wcześniej od rodziców, teraz od partnera) usiłuje dominować, z czego wywiązuje się realna walka o decydowanie.

Bywa, iż w którymś momencie nieustające kłótnie są jedynym sposobem utrzymywania relacji, wzajemne wyrzuty i oczekiwania wyłącznym sposobem okazywania emocji, zarzuty próbą sformułowania oczekiwań. Iskrzy od drobiazgu, często nawet nie wiedzą, o co toczą bój i dlaczego, z jakiego powodu nie usiedli i nie porozmawiali o sprawie. Każdy przedstawia swoje racje (nierzadko krzykiem), niespecjalnie słuchając argumentów drugiej strony, a nawet jeśli w głębi duszy uznają wzajemnie swe roszczenia, żadne z nich nie chce ustąpić, bo mu się to kojarzy z poddaniem się, oddaniem władzy – drugi by wygrał, a to jest dla żadnego z nich nie do przyjęcia. Są specjalistami w pamiętaniu każdego szczegółu, mają w głowie wręcz wykaz przewinień partnera, przytaczają w kłótniach sytuacje nawet sprzed wielu lat, by w tej konkretnej bitwie wygrać. Rezygnacja z walki byłaby uznaniem swej podległości, czyli uruchomiłyby się wszystkie wyparte, przerażające treści związane z zależnością od kogoś. Takim osobom towarzyszy też strach przed tym, by partnerowi cokolwiek wybaczyć czy zapomnieć, bo wtedy w ich oczach ten drugi by wykorzystał ich słabość. „Muszę partnera zdominować, uzależnić od siebie, dręczyć, by on mi nie robił tego samego”. Wygrywając przezwycięża się własną niemoc.

Doskonałym przykładem takiego małżeństwa symetrycznego jest stary film „Wojna państwa Rose”. Ja takie walki na (prawie dosłownie) śmierć i życie obserwuję również u osób korzystających z terapii. Pamiętam jedną młodą parę – oboje po dobrych studiach, budujący swe kariery zawodowe, myślący o kupnie swego mieszkania. Walczyli o wszystko, ciężko było dociec przyczyny. O to, kto umyje naczynia, bo kto zrobił to wczoraj albo nie zrobił, zakupy, cokolwiek. Wojna w kilka sekund rozkręcała się do jednoczesnych wrzasków, w których nikt nikogo nie słuchał. Czasem miałam wrażenie, ze rywalizują też w tym, kto potrafi wydawać silniejsze dźwięki, lub na ilość możliwych do wyemitowania przekleństw. Gdy brakowało argumentów słownych, potrafili się popychać, czasem zwyczajnie bić. On był silniejszy, ale ona miała broń w postaci wezwań pomocy, że on chce ją zabić, oraz szantaży. Potrafiła wybiegać z mieszkania na boso, zakrzyczana, zapłakana, otwierać okno na korytarzu i usiłować z niego wyskoczyć. Wygrana jej polegała na tym, że czasem on, zdominowany strachem, wybiegał i ściągał ją na siłę z tego okna lub ich własnego balkonu, czasem nie, a wtedy to ona kapitulowała. Rachunek wygranych i przegranych bitew mieli podobny. Można sobie zadać pytanie – po co ze sobą byli? Oczywiście oboje twierdzili, że się kochają i myślę, że tak było. Tyle, że wtrafiali idealnie w schematy wyniesione z domu, posługując się metaforą muzyczną – doskonale znali kroki tego tańca. W tym wszystkim, w ogniu walk wzięli ślub. Zniknęli mi wówczas z horyzontu, do dziś zastanawiam się, jak daleko posunęła się u nich przemoc.

Tacy ludzie w głębi duszy tęsknią za oralną zależnością. Ich marzeniem podczas takich walk jest to, by w tym krzyku partner podszedł, przytulił jak dziecko, okazał czułość i miłość, zrozumiał, że to wrzeszczy tylko ta przerażona zależnością część człowieka, a inna pragnie bliskości, zrozumienia. Niestety – oboje tego pragną, jednak nie potrafią sobie wzajemnie takich uczuć dać. Czasem rozładowaniem takich dzikich kłótni jest seks, w którym to partnerzy po momentach seksualnego mocowania się odpuszczają i wówczas dają sobie dużo czułości, zbliżają się. Ciężko im jednak takie uczucia wyrazić słowami.

Czasem się zdarza, że tak daleko zabrną w wojnę i wzajemne groźby, np. o porzuceniu, że w efekcie rozstają się, mimo iż żadne z nich tak naprawdę tego nie chce.

Myślę, że wiele osób czytając ten cykl może odnaleźć siebie i swój związek we wszystkich odmianach koluzji – i tak jest. Zranienie na jednym etapie rozwojowym pociąga za sobą również niekonstruktywnie rozwiązane inne problemy rozwojowe, zatem i w relacji z partnerem musi się to ujawnić. Niektórzy widzą zatem u siebie cechy związku, który ma problem z braniem i dawaniem, z uznaniem wzajemnym, jak i z władzą.

Poza tym w koluzjach niesymetrycznych nie zawsze partnerzy zajmują zawsze tę samą pozycję. Bywa, iż wymieniają się w tych rolach – ten, który bywa partnerem dominującym, czasem bywa komplementarny, i odwrotnie.

Te opisy ze względów oczywistych mogą być tylko ogólnymi schematami do zrozumienia delikatnej, niepowtarzalnej tkanki związku, ale każda historia jest inna, w każdej odmiennie splatają się ludzkie losy.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s