DAWCY

Bohaterką pierwszej opowieści jest młoda, niespełna 30-letnia kobieta, atrakcyjna, żywiołowa i energiczna, bardzo niezależna, inteligentna, ze znakomitą pracą dającą jej satysfakcję i pieniądze. Tęskni za bliskością, a że ma wszelkie pożądane przez mężczyzn atuty, nie ma problemu ze znajdywaniem partnerów. Kilka razy się zakochała. Prawie za każdym razem w mężczyznach „na zakręcie”.

Albo był to ktoś dużo starszy, po przejściach, mimo wieku z nieuporządkowaną sytuacją zawodową, życiową, finansową, szukający kogoś stabilnego, kogo będzie traktował jak docelowy port. I tak też było. Pomieszkiwał z nią dając jej złudzenie budowania wspólnego domu (który ona fizycznie posiadała, za który płaciła utrzymując go jeszcze i pożyczając pieniądze na wciąż nietrafione inwestycje), po czym znikał na parę miesięcy, by pojawić się znów. Kolejny jej mężczyzna ledwo wyplątywał się z poprzedniego związku, uwikłany w silne emocje, nie potrafiący postawić granicy, finansowo i bytowo związany z poprzednią partnerką, w konflikcie z nią. Opisywana kobieta wejście w każdy związek rozpoczynała od ratowania swych nowych mężczyzn. Pierwszemu dawała dom, wszystkie swoje emocje, troskę, pieniądze i to w formie prezentów, i pożyczek, podobnie drugiemu, który żył jak niebieski ptak wciąż nie mając nic. To ona płaciła za kolacje, hotele, wyjścia, imprezy i drinki, to ona zapewniała wyżywienie i bezpieczeństwo. Pomagała temu drugiemu w wyplątywaniu się z długiego narzeczeńskiego związku, wzięła na siebie siłę ataku poprzedniej partnerki chroniąc go, tłumacząc, była tarczą. Po co? Za każdym razem czyniła olbrzymią inwestycję życiową i emocjonalną. Funkcjonowała z tymi mężczyznami na najwyższych emocjach, tam były łzy, zmagania się ze światem, walka, trud, szalony seks, ochrona i poczucie, że „tylko my, razem, możemy sobie ze wszystkim poradzić, a to nas jako parę umocni i nierozerwalnie zwiąże”. Każdy z nich zaciągał u niej olbrzymi dług wdzięczności, przy czym ona twierdziła, że absolutnie nic dla siebie w zamian za to nie chce – byleby był. Najpierw jeden, potem drugi. Swoje uczucia odkładała na bok, ważny był tylko komfort i problemy jej mężczyzn. Nakręcona na działanie nie widziała, nie czuła, że jej ciężko, że tylko daje. A nawet, gdy to do niej docierało, czerpała dumę z tego, ile potrafi ofiarować, jaka jest w tym sprawna, jaki ma dobry charakter. W jej optyce był to idealny sposób na budowanie trwałego związku. Nie widziała, że stara się ich od siebie uzależnić. Silne emocje, poczucie ratowania, wzajemnej wyjątkowości myliła z prawdziwą bliskością. W efekcie albo ci mężczyźni odchodzili, albo ona, zaskoczona tym faktem, w którymś momencie nie wytrzymywała ciągłego brania od niej i poczucia, iż niewiele dostaje. Pierwszy zniknął bez słowa. Zdarzało mu się wcześniej, więc czekała. Ostatni raz bezskutecznie. Została absolutnie sama po ciężkim wypadku. Drugi wciąż nie mógł się rozstać z narzeczoną pomimo deklaracji, że wszystko skończone.

Ta kobieta dokładnie taką samą rolę pełni wobec własnej rodziny – to ona się wszystkimi opiekuje, wchodzi w rolę rodzica dla własnych rodziców i rodzeństwa. Dając chce budować, utrzymywać, zacieśniać relacje. Zaskoczona była tym, iż gdy jest dobrze, nikt jej nie potrzebuje. Rodzina żyje wtedy własnym życiem, mężczyźni umocnieni jej siłą i wsparciem odchodzą budować swoje losy. Jest dawcą, który zostaje sam.

Teraz jest w nowym związku, w którym z kolei weszła w rolę biorcy. To ona była potrzaskana ostatnim związkiem, a trafiła na kogoś podobnego do niej, kto buduje coś nowego od progu wchodząc w rolę ratownika. Przez chwilkę było jej w tym dobrze, miała silne ramię do wypłakania. Potem poczuła, iż ten nowy mężczyzna ją drażni, że go nie szanuje, jedyną myślą było – odejść. Przy czym nie zrealizowała jej, gdyż weszła z powrotem w swój stary schemat dawcy. Skupiła się głównie na jego uczuciach – co z nim będzie, gdy ona odejdzie. Ta dziewczyna widzi wyraźnie, w jakim schemacie funkcjonuje – albo maksymalnie daję, albo biorę. Nieprawdą jest, że nic dla siebie nie oczekiwała. Chciała wyłączności, wdzięczności, pragnęła tych dwóch swoich mężczyzn mieć, zbudować z nimi życie. Ile osób popełnia ten sam błąd myśląc, że jeśli dadzą komuś wszystko, ten ktoś z nimi zostanie?

Druga kobieta, w tym samym wieku, również wykształcona, niezależna zawodowo i bytowo, co rusz wchodzi w przedziwne związki i relacje. Ma na swoim tle olbrzymie kompleksy związane z nadmierną wagą. Jest to wada, która jej zdaniem przekreśla szanse na normalny związek, ale z drugiej strony niczego tak bardzo nie pragnie, jak zwyczajny dom, mąż, który codziennie rano wychodzi do pracy, ona zajmuje się dziećmi, sprząta, pierze niezliczoną ilość skarpetek i gotuje, po czym wita małżonka od progu z obiadem, a wieczory spędzają na rozmowach przy herbacie. Najzwyczajniejszy standard, który przypadł wielu, jest marzeniem jej życia. Można by pomyśleć, że nie problem go zrealizować. Ale nie daje sobie na to tak naprawdę przyzwolenia, choć złości się, gdy tak mówię, bo przecież wciąż szuka odpowiedniego mężczyzny. Niestety poszukiwań tych dokonuje w taki sposób, aby na pewno nie przyniosły pożądanych efektów. Wiąże się z mężczyznami nierealnymi, absurdalnymi, z innej kultury, gdzie kobieta traktowana jest jako osoba podporządkowana. Z mężczyznami, którzy nie chcą się tu osadzić, mają swe życie, plany, gdzie dla niej nie ma miejsca. Ona niektórych z nich ratowała przed życiem w barbarzyńskim kraju, zdobywała wizy, bilety, zaproszenia, dawała na wstępie perspektywę normalnego bytu tutaj. Kolejny, mimo iż stąd, był absolutnym dzieckiem niezaradnym życiowo, którego ratowała od symbiotycznego związku z toksyczną matką i zapewniała mieszkanie, opiekę, troskę. Sama tego w którymś momencie nie wytrzymywała, gdyż tym ich nadmiernym braniem była najpierw zmęczona, walczyła o siebie, potem wkurzona, nieszczęśliwa, odsunięta, czuła się nieważna. Nie wiedziała, czy dla jej partnerów ważna jest ona jako taka, czy to, co im daje. Teraz jest w kolejnym tego rodzaju związku, gdzie włożyła całą swą miłość, staranie się, dbałość, mnóstwo oczekiwań, z których nie jest w stanie wyegzekwować nawet tego, by on przez kwadrans pijąc z nią herbatę nie odbierał maili. Żyje z nim na jego warunkach, które skrótem rzecz biorąc są następujące: „jesteśmy wyłącznie tu i teraz, w takim wymiarze i na takich zasadach, jakich ja chcę, nie rozmawiamy o przyszłości, bo cię w niej nie widzę”. Ona to wie, mimo wszystko w tym tkwi nie potrafiąc odejść, bo ciągle ma nadzieję, iż on kiedyś da jej tyle, ile ona wciąż daje jemu. Chciałaby zwrotu emocjonalnego długu.

Bohaterem trzeciej opowieści jest mężczyzna w tym samym wieku, co te kobiety. Podobnie – wykształcony, niezależny, robiący karierę zawodową, z dobrego domu, zadbany, przystojny, można powiedzieć, iż świat stoi przed nim otworem. Poszukujący w życiu miłości, stałego związku. Wychowywany dość tradycyjnie i w emocjonalnej zależności od matki szuka potwierdzenia swej męskości u kobiet. Wszedł w związek z dziewczyną fascynującą, żyjącą skrajnymi emocjami, z silnymi problemami na granicy zaburzeń, która potrzebowała bardzo dużo pomocy, od bytowej i finansowej, do emocjonalnego ciągłego ratowania. Doświadczył tak samo wielkiej bliskości, jak i równie ogromnego bólu odrzucenia. Jej niestabilność, prezentowana na początku ciągła potrzeba zlania się uruchomiła w nim rycerza ratującego fascynującą, żyjącą w poczuciu samotności i zagrożenia księżniczkę, by potem, gdy od niego dostała maksymalnie dużo wszystkiego, oddalać się od niego, zdradzać, a wreszcie doprowadzić do rozpadu związku. Powinien się cieszyć, że wyrwał się z relacji, w której jego życie wyglądałoby jak jazda na rollercoaster’ze. Owszem, świadomie to rozumie, wie już, o co oparł się jego związek, pojmuje, że najlepiej było odejść i zapomnieć. Jednak, gdy ona po czasie poprosiła o spotkanie, nie potrafi na nie nie pójść.

Widoczne jest aż nazbyt silnie, co łączy te trzy opisane osoby. Wszystkie czują się niepewne siebie, w relacjach z rodzicami pełnią zaburzone role. Często to oni są emocjonalnymi, a wręcz fizycznymi opiekunami swych rodziców podejmując za nich decyzje, załatwiając sprawy, emocjonalnie chroniąc i dając z siebie więcej, niżby to w tej relacji było zasadne. Wszyscy w związki wchodzą oferując na wejściu siebie całkowicie, ratując partnerów z ich poprzednich uwikłań, wspierając, pomagając finansowo. Angażują swe uczucia silnie, szybko i całkowicie. Dają siebie i wszystko co mają, z zaufaniem, wiarą, iż to ukochanym pomoże, a jak już będą poskładani życiowo i emocjonalnie, odwdzięczą się im jeszcze większą, niż dotychczas, miłością. I tu natykają się na zaskoczenia, gdyż jakoś już poukładani partnerzy odsuwają się od nich. Wyjaśnienie, dlaczego tak się dzieje, jest w tekście „Ostatnia koszula” – zaburzona została równowaga w braniu i dawaniu. Ale warto zastanowić się, dlaczego te osoby mimo, iż wiedzą doskonale, że nigdy nie dostaną od opisanych partnerów tyle, co im dały, nie potrafią się do końca z nimi rozstać. Pierwsza kobieta jeszcze kilka miesięcy po zakończeniu związku nie mogła się z niego otrząsnąć, a w następny weszła jak w lustrzane odbicie. Druga wciąż tkwi w tej znajomości, układzie, beznadziejnie kochając mężczyznę, który nic nie chce jej z siebie dać i czeka na cud. Mężczyzna mimo iż wie, że zakończenie związku było najlepszym wyjściem, nie potrafi się odizolować od kogoś, kogo pokochał, kto go skrzywdził i biegnie na pierwsze zaproponowane spotkanie.

Takich osób jest znacznie więcej. Dawcy, którzy na początku deklarują absolutną (niezdrową) bezinteresowność konfrontują się z wiedzą, że to nieprawda, że w zamian chcieliby być kochani tak, jak pokochali sami, ale tego nie dostają. Mimo tego wciąż, choć myślami, tkwią przy partnerze. U nich uwidacznia się ogromna prawda emocjonalna.

Czasem nic nie wiąże ludzi mocniej, niż to, czego od siebie wzajemnie nie dostali.

Czasem czekanie na to, by biorca choć trochę wyrównał dług emocjonalny jest spoiwem, powodem tkwienia w niezdrowej zależności.

Pożegnanie się z pragnieniem wyrównania, uznanie, że dostało się tylko tyle, ile ten człowiek mógł dać, bywa jedną z najtrudniejszych rzeczy do przyjęcia.

Czasem też, płacząc, przeżywając, nie mogą pojąć, dlaczego ten, który tyle od nich dostał, czuje do nich złość, nawet nienawiść. Wyjaśnienie nie jest trudne. Nikt nie lubi mieć długu wdzięczności, szczególnie takiego, którego nie można zwrócić. Po krótkim czasie poczucie winy, jakie ten człowiek posiada, przeradza się w odczucie, że źle się czuje przez tego, który mu dał. To tylko jeden krok do pretensji i złości.

Sprawdza się tu angielskie przysłowie, które niedawno usłyszałam. „Jeśli ktoś cię raz skrzywdził, nie wybaczy ci tego do końca życia”.

One thought on “DAWCY

  1. Jaka ironia losu. To co sami bierzemy za dobrą monetę, może okazać się wbrew naszej woli judaszowym groszem. Ironia, i pewnie zdawać by się mogło okrucieństwo karmy. Ona chyba nie jest aż taka zła, jest tylko chłodnie obiektywna. Jak potencjał elektronu na hipotecznej orbicie gdy na niego nie patrzymy. Może sięgnąć do Heisenberga ? 😉
    Tak już jest że czasem nieświadomie próbujemy zapłacić niematerialną walutą naszego poświęcenia za odrobinę ciepła i serdeczności. Relacje między ludźmi i życie to nie kantor, tu nie ma ustalonego sztywnego kursu wymiany. Jest też w naszym organizmie taki mięsień, pompuje niby tylko krew.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s