PROSTA HISTORIA

Obejrzałam film Davida Lyncha „Prosta historia”. Faktycznie, fabuła jest niezwykle prosta, i z zaskoczeniem, ale można go nazwać filmem drogi. Mężczyzna w podeszłym wieku dowiaduje się, że jego brat ciężko, być może śmiertelnie zachorował, miał wylew. Obaj są w tym wieku, iż każde spotkanie może być tym ostatnim. Ale oni nie widzieli się od 10 lat, gdyż konflikt między nimi urósł do rozmiarów niewybaczalnych dla obojga. Mimo to, mówiąc wprost, iż odwiedzenie brata jest wielką próbą honoru, mężczyzna wyrusza w drogę.

Ale nie posiada prawa jazdy, a ma kilka rzeczy do przemyślenia, zatem wsiada na kosiarkę i rusza w drogę przez 3 stany. Kosiarkę z przyczepką, w której miał materac i kilka niezbędnych rzeczy! Spotykał po drodze wielu ludzi, film pokazał optymistyczną wersję kontaktów z osobami mu życzliwymi, nastawionymi na relację. Tak, jakby reżyser chciał powiedzieć, ze świat jest dobry. Po drodze pomógł kilku osobom, sam też skorzystał z pomocy, ale nigdy bezpłatnie. Dawał z siebie, ale brał tylko wówczas i tylko to, za co mógł zapłacić. To pewnie był celowy przekaz lekcji godności.

Ale najważniejsze jest to, po co jechał, czyli by naprawić swe relacje rodzinne. Po drodze spotkał młodą kobietę w ciąży, która poróżniła się ze swymi bliskimi. Opowiadał jej, o czym jemu w dzieciństwie mówił ojciec. Otóż brał jednego patyczka i pokazywał, jak łatwo go złamać. Po czym wziął do ręki wiązkę patyczków by unaocznić, że złamanie jej jest już znacznie trudniejsze, prawie niemożliwe. Ludzie są jak te patyczki, w samotności słabi i bezradni, a gdy są razem, prawie nie do zniszczenia. Taki prosty przekaz. Z takim przekonaniem wypowiadany przez kogoś, kto dostał takie wartości od ojca. Czemu sam wedle nich nie żył?

Pomyślałam, jak często w życiu tak jest, że ludzie wiedzą, co jest ważne, słuszne, dobre dla nich, zdrowe, ale tego nie robią. Nie żyją według własnych przekonań i wartości.

Każdy wie, że życie w konflikcie z kimś ważnym jest silnym obciążeniem. Możemy z kimś nie rozmawiać latami, czasem przez pewne okresy czasu nawet nie pamiętać o jego istnieniu, aż wystarczy drobna, przypadkowa sytuacja i rusza lawina wspomnień. Samo to jeszcze nie jest problemem, gdyż my, gatunek ludzki, nie zapominamy, jedynie odkładamy na bok. Rusza lawina emocji, najczęściej bądź to żalu do tego kogoś, bądź złości do niego, rzadziej własnego wstydu, że coś się zrobiło źle. Człowiek wówczas zapytany o jego wartości – czy uważa, że dobre relacje z bliskimi są ważne? Powie – tak. Czy istotne jest przyznać się do własnych błędów i przeprosić? Oczywiście. Jeśli druga strona nie wie, co nas boli, warto mu o tym powiedzieć, dać szansę na przeprosiny, zadośćuczynienie? Odpowiedź zabrzmi – jak najbardziej. Czy nie lepiej wyjaśnić sobie źródła złości, załagodzić sytuację i nawet, jeśli nie da się wrócić do poprzedniej bliskości, to przynajmniej odzyskać spokój, nie gryźć się tymi palącymi nas w środku emocjami? Jasne. Czy warto komuś postawić granice, kiedy nas krzywdzi, wiedząc o tym lub nie? Wiadomo.

A jednak, jakże często ludzie tego nie robią. Bo się boją ruszać sytuacji, gdyż wtedy przez jakiś czas emocje są silniejsze. Można się rozpłakać, zezłościć – dla niektórych to nie do wyobrażenia. Wolą długoterminowe tłumienie odczuć, niż ich dotknięcie, gdyż boją się lawiny. Jeszcze częściej mają obawy, ba, silny strach przed tym, co usłyszą, boją się przykrości, bólu wynikającego z tego, że ta druga strona też może ujawnić swe emocje. Mało tego, jeśli się usłyszy o tym, jakie się popełniło błędy, warto je naprawić, a taka gotowość do reperowania nie jest czymś często spotykanym. Wiele osób woli żyć w przekonaniu, że to oni zostali skrzywdzeni, niż uznać, że sami też skrzywdzili. A nawet, jeśli tak uznają, zakładają, że ta druga strona nie chce ich widzieć i słyszeć. Być może tak jest, ale najczęściej dlatego, że czasem nawet latami czeka na zwykłe przepraszam, bezskutecznie. Nic tak nie przynosi ulgi w poczuciu krzywdy niż świadomość, iż druga strona zrozumiała swój błąd i wyraziła choć to jedno magiczne słowo.

Czemu zatem ludzie wolą na co dzień być tym pojedynczym, mało odpornym patyczkiem, niż żyć w wiązce dającej siłę? Albo żyć w wiązce osłabionej ze świadomością, że ten inny patyczek jest gdzieś tam sam? Czy można uznać, iż przyczyną jest tylko minimalizowanie wydatkowanej energii? Tak to wygląda podczas rozmów z ludźmi. Ale ja wówczas zawsze myślę i mówię o tym, ile energii kosztuje życie z żalem i ze złością.

Podróż filmowego bohatera, która samochodem zajęłaby dobę, trwała kilka tygodni. Mężczyzna dotarł do domu brata dosłownie w ostatnich kilku minutach filmu. Podjechał pod stary, rozpadający się drewniany domek, zawołał. I tak oto spojrzeli sobie w oczy dwaj starzy mężczyźni, jeden z balkonikiem, drugi o dwóch laskach. To spojrzenie trwało dłuższą chwilę, ale nie nastąpiło natychmiastowe pojednanie i rzucenie się sobie w ramiona. Usiedli. Dopiero, gdy drugi mężczyzna zobaczył pojazd, jakim brat do niego przyjechał, pojawiły mu się łzy w oczach. Reżyser nie pozwolił nam zajrzeć w większą intymność pojednania, ukazało się na ekranie gwiaździste niebo i na tym zakończył się obraz. Widać najważniejsze jest to, że bracia się spotkali, że jeden zdążył przed śmiercią drugiego.

Konkluzja mojego tekstu jest prosta. Ludzie to zadziwiające istoty, gdyż czasem do najważniejszych, w zasadzie prostych, ale najtrudniejszych gestów motywuje ich potencjalna, albo realna śmierć. Coś nieodwracalnego. Strata, której nie da się w żaden sposób odzyskać, naprawić, uratować. Bohatera filmu do pogodzenia się z bratem zmotywowała dopiero namacalna realność jego odchodzenia, możliwość, iż nigdy nie zdołają się spotkać, wybaczyć sobie, i nie wiadomo, jak ciężko będzie tę świadomość znosić po utracie bliskiej osoby. Ja stawiam pytanie – dlaczego nie zrobił tego przez te 10 lat, gdy mógł się jeszcze długi czas cieszyć lekkim sumieniem i naprawioną relacją? Czy w obliczu trwającego życia ważniejszy jest dziwnego rodzaju honor nie pozwalający się odezwać, niż strata wynikająca z zerwania ważnej relacji?

Słyszałam częściej, niż bym tego chciała, historie, kiedy to do pojednań dochodziło na łożu śmierci. Rodzic pierwszy raz w życiu powiedział swemu dziecku, że je kocha. Czasem po raz pierwszy w dorosłości je przytula, powie miłą rzecz, doceni. Wywołuje to najczęściej lawinę łez, to dorosłe już od dawna dziecko wreszcie dostaje to, za czym tęskniło całe życie. Rodzeństwo, zwaśnieni małżonkowie wyznają sobie swe błędy i przepraszają. Albo nie mają już kogo przeprosić za uczynione krzywdy, bo za długo zwlekali, i opowiadają o swym poczuciu winy innym. A i tak wszyscy ci są szczęściarzami, że zdążyli, bo wiele osób nie dociera do takiej chwili, nigdy nie porozmawia ani z umierającym, ani z nikim innym.

To dobrze, to pomaga, ale zaskoczenie nadal pozostaje – przecież każdy dorosły ma świadomość śmierci. Każdy wie, że nie chce odejść z tego świata skłócony, z niezałatwionymi sprawami, a jednak konflikty czy pewne gesty pozostawia na ostatnią chwilę. Szasta się powiedzeniem „żyj tak, jakby każdy dzień miał być twoim ostatnim”. Tak często, jak je słyszałam czy czytałam, tak rzadko widziałam zrealizowane. Chyba więcej wniosków nie trzeba….

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s