GDYBYM TYLKO SCHUDŁA cz.I.

Środek nocy, trzecia nad ranem.

Czasy charakteryzują się mnóstwem rzeczy, a jedną z nich jest to, o jakiej porze mamy środek nocy. Przed erą elektryczności to faktycznie mogła być dwudziesta czwarta, czyli zero, kropka, zero zero. Ale teraz, gdy chodzimy spać niewiele wcześniej, to właśnie trzecia godzina najbardziej jest naszą północą.

Kiedyś upływ czasu mogliśmy mierzyć wybijaniem zegara. Minuty i godziny mogły się wlec, ale były równiutko poukładane między uderzenia, kuranty, tykania i bimbania. Miał jakieś odczuwalne ramy. Teraz komórka odmierza chwile w nieubłaganie milczący, przeraźliwie cichy, bezszelestny wręcz sposób, skazując nas na otchłań czasu odmierzonego dopiero dzwonieniem alarmu w telefonie. Bez wcześniejszego ostrzeżenia jakimś bim czy bam. Żadnym, najmniejszym tyknięciem nic nie daje znaku naszej podświadomości, że czas poogarniać sny, które pojawiły się w tej krótkiej drzemce po czasie bezsenności. Bezduszna technika nie daje nam ram ani szans. Czas odmierzamy słyszalnym dla nas niczym uderzenia młota w hucie tętnieniem krwi. Stał się chaotyczny, jego długość zależy od częstości naszych uderzeń serca. Im mamy ich więcej, tętno bardziej szaleje, krew pulsuje, czas biegnie wolniej. W ciszy, bez zegarów, jest przestrzenią nieogarnioną. I niechcianą.

Trzecia – środek nocy, godzina duchów. Duchów spraw niezałatwionych, tego rejestru, który z kategorii „dziś, jutro” powoli ewoluuje w „nie wiem, kiedy”, w domyśle „chyba nigdy”. Spraw, które muszą mieć zmieniony status i ważność, bez których musimy nauczyć się obywać, bo nie mamy energii, by je załatwić. Och, bez ilu rzeczy można żyć, jeśli się nie ma na nie sił…

Po skutecznym usunięciu w niebyt rejestru spraw niemożliwych pojawia się lista straconych szans, zaniedbanych okazji, błędów, z którymi w środku dnia jakoś da się funkcjonować, ale w środku nocy palą wstydem i wiemy, że zrobimy wszystko, by on nich nie myśleć.

Te utracone szanse to też niebezpieczny teren. Gdybym tylko…gdyby on zechciał…gdyby ona zrozumiała… bolesny żal nie jest łatwiejszy do zniesienia, niż wstyd.

Potem, dla zaznania ulgi, przychodzi czas wiary w cuda, czyli listy marzeń, w której wszystko samo spada z nieba i w magiczny sposób dzieje się ot, tak, od ręki. Gdybym tylko wygrał w totolotka… i już wyobraźnia podsuwa własny dom, jacht i podróż dookoła świata, nieprzebraną euforię z powodu odmiany losu, receptę na wieczne szczęście.

Gdyby tylko mój szef był inny, miałabym pracę, którą kocham, więcej bym zarabiała….

Gdybym tylko schudła.

Palący wstyd na wyobrażenie siebie nagiej w lustrze. To miała być terapia wstrząsowa. W środku jasnego, słonecznego popołudnia kładącego długie cienie, gdy była sama w domu, rozebrała się i bosa, z włosami wysoko upiętymi na głowie obejrzała się w lustrze ze wszystkich stron. Łagodne krzywizny bioder i brzucha przywodziły na myśl śnieżne, gładkie zaspy litościwie przykrywające nijakie pagórki. Warstwa tłuszczu pod nadspodziewanie gładką skórą poruszała się z lekką bezwładnością za każdym ruchem. Kościec dawno stał się jedynie domyślny, pod ciałem, jak pod śniegiem, nie widać było najmniejszego zarysu, nawet kostek u stóp. Pod węzłem włosów na karku rysowały się fałdy, z przodu zmieniające się w podbródki. Wałeczków na brzuchu nie było. Widziała tylko jedno, duże wzniesienie. Gdy stała bokiem, pomyślała – gdyby to była ciąża…brzuch niedługo by zniknął. Ale nie. Odważnie popatrzyła sobie w oczy, które przy wydatnych policzkach wydawały się być mniejsze, niż w rzeczywistości. Utopione, pomyślała. Cała jestem utopiona.

Spojrzała na swój cień wydłużony popołudniową porą. Smukły….taki idealny. Taki nierealny i ulotny.

Nie nauczyła się na swym doświadczeniu niczego. Kilka razy już to robiła z nieodzownym postanowieniem odchudzania. Zawsze obkładała się w takich chwilach czasopismami z dietami, opisami szczęśliwych kobiet, okraszonymi ich zdjęciami „przed” i „po”, na tym drugim obowiązkowo z boku stał zachwycony mężczyzna, a ona była w adidasach i sportowych legginsach, a nie w za dużym t-shircie, który niby miał ukryć fałdki. Nigdy nie ukrywa.

Trzecia nad ranem, środek nocy, kiedy to organizm przespał się już trochę, obudził go jakiś sen i dopadły po kolei wszystkie listy, zestawienia, marzenia, wstyd i wspomnienia.

Jutro. Magiczna Nibylandia. Od jutra się odchudzam. Energia wynikająca z postanowienia sprawia, że chce się pić, serce łomoce – nie wiadomo, czy z zadowolenia – bo w końcu samo głębokie postanowienie schudnięcia sprawia, że człowiek już się czuje szczuplejszy o jedno deko – czy ze strachu przed wyzwaniem.

Nie. Nie będziemy się bać, roztkliwiać nad sobą, rozpieszczać ani lenić. Dieta, i to fantastyczne uczucie lekkości! Już widzi siebie wirującą w rozkloszowanej sukience na łące, ulotną jak mgiełka.

Tak. Trzeba opróżnić lodówkę, jeszcze przez tych kilka dni zje się to, co zostało kupione, sporządzi listę produktów i jadłospis, dokupi się jakiś super garnek do gotowania na parze, ułoży na kuchennym stole wszystkie te czasopisma, warsztat zmiany przygotowany. Aha, jeszcze apteka i te magiczne suplementy, zioła ułatwiające to i tamto, będzie dobrze. Inni mogą, to ja też. W końcu tylko wystarczy nie jeść pewnych rzeczy, a jeść inne. Co za sztuka. Energia sprawiła, że poczuła się troszkę głodna, bez zastanowienia otwarła lodówkę. No, nie ma się czym przejmować, odchudzanie się już zaczęło się w głowie, przecież postanowiła, że przez kilka dni doje to, co jeszcze ma i będzie to czas przygotowań, zakupów oraz mobilizacji sił. Zatem wyczyszczona z wyrzutów sumienia zjadła kawałek sera, resztę z obiadu, popiła sokiem prosto z kartonu i ukojona poszła spać. Tym razem zasnęła dość szybko, pozytywna decyzja wniosła spokój, a i ciało zalane węglowodanami poczuło się lekko senne, zatem w objęciach Morfeusza pozwoliła tej skomplikowanej maszynerii na wyrzut insuliny do krwi, uruchomienie soków trawiennych, zalanie mózgu endorfinami i te wszystkie inne bardzo skomplikowane procesy.

Po porannej pobudce, gdy komórka, jak zawsze bez ostrzeżenia ryknęła jej do ucha skoczną melodyjką, którą sama ustawiła uznając, iż powinna rano dodawać energii, a którą w ciągu jednego dnia zdołała znienawidzić, wbita w za ciasny szlafrok pożeglowała do łazienki. Poza zwykłą higieną i przejechaniem włosów szczotką odpuściła sobie makijaż i wymyślniejszą fryzurę uznając, iż na to przyjdzie pora, gdy schudnie. Dała przez chwilę popłynąć fantazji, jak to będzie ukrywać jakiś czas pod starymi ciuchami efekty diety, a któregoś pięknego dnia zmieni ubrania na nowe, piękne i o dwa rozmiary mniejsze, wejdzie do pracy w nowej fryzurze, w makijażu i butach na obcasach, a wszyscy tylko jękną. Z podziwu, zachwytu oraz zazdrości. Czy tam z czego. Byle jęknęli, zauważyli i już jej nie lekceważyli, bo przecież jest szczupła, pewna siebie i godna wreszcie szacunku. No.

Dała radę w tym dniu wysiedzieć w swej niszy przy komputerze, nawet ból pleców doskwierał jakby nieco lżej, choć nogi spuchły tak samo. Mało ważne dane, które mechanicznie wklepywała w jakieś szablony, wydawały się dziś jeszcze mniej ważne, niż zwykle, ale przynajmniej nie spędziła dnia na udręce, jakąż to bezsensowną pracę wykonuje. Kiedy tylko mogła, przeglądała fora internetowe dla osób odchudzających się, notowała w myślach setki porad, a przede wszystkim karmiła się zwierzeniami kobiet, którym się UDAŁO. Udało. Udało. Powtarzała jak mantrę. Mnie też się uda. Wreszcie. Tym razem już na pewno. Wystarczy chcieć, a chcieć to móc. A przecież bardzo chciała.

Otwarły się przed jej oczami niezliczone możliwości, wszystko, czego w życiu nie robiła, bo była za gruba. Nauczy się wreszcie jeździć na rowerze, bo utrzymanie równowagi przestanie być problemem. Pomaluje sobie paznokcie u stóp. Kupi mini spódniczkę. I – ach – pójdzie potańczyć do klubu. Z koleżankami z pracy, które wreszcie ją zauważą. Z niewiarygodnie płaskim brzuchem wyłaniającym się spod krótkiej bluzeczki. I będzie się z nią kochał mąż, który wraca z pracy o takiej porze, że już tylko idzie spać udając, że nie widzi jej siedzącej przy kuchennym stole przy talerzu z czymkolwiek, pochylonej nad kolejnymi kolorowymi pismami.

Popołudnie spędziła w supermarkecie, kupiła same zdrowe rzeczy. Plan jest najważniejszy, powtarzała sobie. Odpowiednie przygotowania. Strategia. Tak się podejmuje ważne decyzje i je realizuje. W aptece straciła sporą sumę pieniędzy, ale przecież zdrowie jest najważniejsze, na tym się nie oszczędza. Przypomniały jej się fantazje o chorobie, które nawiedzały ją już od grubego dzieciństwa. Zmieniała się tylko ich treść, choć nie za bardzo. Lubiła wyobrażać sobie, że trapi ją jakaś poważna choroba, która objawia się otyłością. Im miała więcej wiedzy, tym większe pole dla wyobraźni. Jakieś poważne zaburzenie metaboliczne, może tarczyca, przysadka, czy inny gruczoł. Hormony. A może coś zupełnie niezwykłego, co lekarze odkryją po serii skomplikowanych badań i uznają, że to nie w niej leży przyczyna otyłości, tylko w czymś nie do skontrolowania. I cały świat się dowie, że nie jest gruba dlatego, że za dużo je i o siebie nie dba, tylko padła pod ciężarem choroby, która nie dawała jej szans. Nie jej wina. Jest ofiarą. Teraz dadzą jej jakieś rzadko przepisywane lekarstwa, całą ich kombinację, i waga spadnie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Czasem, gdy nie miała sił na tak skomplikowane fantazje, marzyła choćby o cukrzycy, która nie pozostawi jej żadnego wyboru – będzie musiała ściśle przestrzegać diety. I wszyscy zrozumieją skoki wagi i wahania nastroju. A może nie będą musieli, bo leki opanują łaknienie, trawienie i psychikę.

Kiedyś, gdy była nastolatką, zdarzało jej się widzieć siebie chorą na raka, w trakcie chemioterapii tracącą rzęsy i włosy, ale i kilogramy. Rodzice z poświeceniem czuwali przy niej ze łzami w oczach, szukając alternatywnych metod leczenia, rozmawiali ściszonymi głosami myśląc, że śpi, całą swą uwagę poświęcali jej chorobie. Nie kłócili się, bo było wreszcie coś ważniejszego, niż ich nie kończące się spory i boje. Co rusz konsultowali się z lekarzami, przynosili jej pomarańcze i gazetki dla dziewczyn. Pytali, co by jeszcze chciała, ale wszystkiego odmawiała. I z godnością, w spokoju i bez słowa skargi znosiła trudy leczenia, a szczególnie ból. Wszyscy ją podziwiali.

Wychodziła zwycięsko z tej walki, w efekcie zdrowa, otoczona szacunkiem i współczuciem, włosy odrastały jeszcze piękniejsze i falujące, a anorektycznie chuda figura zostawała na zawsze. Teraz, mając czterdzieści dwa lata, takich wyobrażeń wstydziła się przed samą sobą, ale wspomnienia po nich pozostały.

Przyniosła do domu kilka ciężkich siatek, postawiła je na podłodze i padła wyczerpana na krzesło. Z wysiłkiem schyliła się raz na jedną, raz na drugą stronę swego ciała, by rozwiązać i zdjąć buty. Ze złością kopnęła je w kąt. Brzuch kolejny raz ją wkurzył. Zmęczenie źle przespaną nocą dało o sobie znać, znany niepokój związany z pustym, cichym domem jak zwykle zakradł się bezszelestnie i wywołał głód. Mechanicznie sięgnęła do lodówki po produkty „sprzed decyzji”. Trzeba zrobić miejsce na nowe zakupy. Zjadła. Rozpakowała siatki, leki ułożyła w widocznym miejscu na kuchennym blacie, podobnie wszystkie przyprawy i zioła ułatwiające trawienie, stosik herbat i jakichś kropelek poleconych przez farmaceutkę. Może mąż zauważy jej starania, doceni ją za silną wolę.

W łazience położyła centymetr, zeszycik i długopis, by rano dokonać przedodchudzaniowych pomiarów, wyjęła wagę i ustawiła w widocznym miejscu. Na prysznic brakło sił, rano się wykąpię, pomyślała, człapiąc wyczerpana do łóżka. Mąż zauważy wagę, przemknęło jej jeszcze, gdy zasypiała.

Kolejna noc nie była już taka straszna. Godzina trzecia znów dała w kość wstydem, ale miała tarczę w postaci podjętej decyzji, więc usnęła dość szybko. Mimo to sen, jak zwykle, nie dał odpoczynku, a znajoma melodyjka w komórce zadziałała dokładnie tak samo, jak zawsze. Ociężałość to moje drugie imię, pomyślała, od rana zmęczona.

Niewiarygodnie zmęczona, pomyślała. Jestem nieziemsko, kosmicznie, wszechpotężnie zmęczona.

Praca znów upłynęła w znanym, cichym szumie komputerów, tak samo nudno, jak zwykle, tak samo w jej poczuciu bezsensownie. Czemu nie skończyłam studiów, przemknęło przez myśl, jak już wiele razy wcześniej. Bo byłam za gruba. Jaki to miało sens, jakie przełożenie, nie dociekała. Przyzwyczaiła się do myśli, że taki jest powód. Kolejna stracona przez otyłość szansa. Poczuła się ofiarą, ale nie zabolało bardzo mocno, słyszała przecież tę melodię w głowie od lat.

Podobnie myślała o tym, że nie ma dzieci. Nigdy nie zrobili badań, ale między nią, a mężem istniała milcząca umowa – była za gruba, obciążony otyłością organizm nie chciał zajść w ciążę. On ją obwiniał nigdy nie wyraziwszy tego słowami, ale gdy zegar biologiczny powoli odebrał marzenia, a potem złudzenia o dziecku, niepostrzeżenie odsuwał się od niej, by w efekcie móc teraz policzyć jakieś trzy lata niesypiania ze sobą. Co to jest seks, pomyślała. Zapomniałam. Dziecko, seks, kolejne dwie pozycje do listy straconych szans.

Wróciła do domu, tym razem nie poszła na zakupy. Lodówkę miała pełną, wszystko przyszykowane do realizacji znakomicie przygotowanej strategii. Dziś dzień wycinania przepisów z gazet. Ta myśl, że wykonuje kolejny krok do osiągnięcia swego celu, dodała jej trochę energii. Gdy nieco odsapnęła, zmęczona drogą, zjadła cokolwiek – w końcu jeszcze nie nadszedł etap dietetycznego gotowania – i zabrała się do gazet. Nożyczki śmigały, diety i przepisy piętrzyły się na stole, pokiereszowane magazyny legły w kącie, a ona znów poczuła się wyczerpana. Mimo to poukładała je tematycznie, zajmując prawie cały stół. Poczuła, jak od tego nadmiaru kręci jej się w głowie. Może jestem jednak chora, pomyślała z nadzieją. Myśl o zbawiennym zwolnieniu i spędzeniu kilku dni w łóżku była kusząco przyjemna. Ale za późno, by dzwonić do lekarza. Rano to zrobię, pomyślała, choć zdawała sobie sprawę, co będzie nazajutrz – ile to trzeba energii, by uwiesić się na słuchawce i wybłagać wizytę…wiedziała, że pójdzie do pracy.

Jeszcze rzut oka na przepisy. I znów fala bezradności. Jak ja sobie z tym poradzę? Panika sprawiła, że zachciało jej się pić, sięgnęła po cokolwiek z kartonika, padła wyczerpana. Dieta jest męcząca, pomyślała jeszcze. Włączyła telewizor. Przyjemny zalew kolorów, wesołej muzyczki i idealistycznych dialogów ogłuszył i stłumił. Lepiej. Uff, troszkę lepiej.

Mąż znów wrócił, gdy spała.

CDN

One thought on “GDYBYM TYLKO SCHUDŁA cz.I.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s