GDYBYM TYLKO SCHUDŁA cz.II.

To był zwyczajny, następny dzień realizacji Wielkiego Planu.

Planu mającego na celu schudnięcie, a w efekcie odzyskanie zainteresowania i miłości męża, jego wcześniejszych powrotów z pracy, a może taką nową i śliczną zaprosi mnie na randkę – aż uśmiechnęła się do tej myśli. Miło by było wrócić do miodowego miesiąca, kiedy to wszystko jeszcze było możliwe. Może nadal jest? Nieśmiała myśl była delikatna, ale nie ulotna.

Plan obejmował także zyskanie szacunku, podziwu, koleżanki będą ją dopytywały, jak to zrobiła, niepostrzeżenie zyska grono znajomych, zacznie wychodzić, śmiać się i cieszyć z każdego dnia. Będzie miała jakieś pasje i zainteresowania. Będzie wreszcie żyła.

I szacunek. Ludzie zaczną ją szanować, zacznie i ona sama. Odzyska godność. Wydobędzie ją spod tłuszczu. Będzie szczupła. Zabrzmiało, jakby pomyślała – wreszcie będę człowiekiem.

Dziś w planie miała kupno jakiegoś magicznego garnka i nieprzywierającej patelni do smażenia bez tłuszczu. Kolejny mądry krok do realizacji doskonałego planu, pomyślała.

Jeszcze tylko nastawię pralkę, zaplanowała, i wychodzę.

I wszystko potoczyło się jak w taniej telenoweli. Banalnie do bólu. Bez grama oryginalności w scenariuszu. Szminka na kołnierzyku koszuli, zapach perfum…wczoraj w niej był, przypomniała sobie, jeszcze nie wszystko się ulotniło. Jej mózg, nagle zastygnięty i nieruchomy, zafiksował się na bezsensownej myśli. Co to za zapach, skąd ja go znam. Co to za zapach. Odpowiedź była najważniejsza na świecie. Ogłupiała. Szminka. Zapach. Z tą koszulą w rękach, w łazience, na klęczkach, zastał ją mąż. Zdumiona jego zbyt szybkim, jak na ostatnie standardy, powrotem, nie umiała mu zadać pytania – co to za zapach. On tylko zobaczył pół pytającego gestu rąk z tą jego brudną koszulą i zrozumiał to jako wyrzut, dramatyzowanie, histerię, pretensje, odkrycie prawdy, żądanie nie wiadomo czego, wszystko na raz. Nie wiedział, na które z nich odpowiedzieć, zatem wzruszył tylko ramionami. Ona odczytała to jako odpowiedź na swą powtarzaną frazę. Że go to nie obchodzi. Że nic go nie obchodzi. Nie dowie się niczego.

I po tej wyczerpującej rozmowie, w której nie padło ani jedno słowo, oboje wiedzieli już wszystko.

Nie czuła nic, prócz zmęczenia. Żadnego bólu, żadnego żalu ani pretensji. Choć go kochała. Ale odczucia w niej zastygły. Tylko jedna myśl jej się kołatała po głowie – bo jestem za gruba.

Zasnęła jak kamień. Bez snów i magicznie bezsennej trzeciej nad ranem.

Gdy obudziła się rano, zdumiona dostrzegła, jak wysoko stoi słońce. Wieczorem nie nastawiła budzika, choć teraz zupełnie nie wiedziała, dlaczego. Spóźnię się do pracy, pomyślała lekko przestraszona, choć tak naprawdę było jej wszystko jedno. Nigdy jej nie lubiła, ale należało się martwić spóźnieniem, więc dla porządku to uczyniła. Gdy już oddała cześć bogowi obowiązku, wchodząc do łazienki przeżyła deja vu. Zobaczyła siebie na kolanach z mężową koszulą. To było jak walnięcie młotem pneumatycznym w klatkę piersiową. Poczuła atak duszności i lęku. I tak samo, jak wczoraj, usiadła na podłodze. Chłód kafelków sprawił, że zadrżała, ale słabość ogarnęła ją całą, krew odpłynęła z głowy, poczuła, jak robi jej się mdło w ustach i czarno przed oczami. Znała to, w uczuciu paniki czasem tak miewała, że ciało odmawiało ruchu i oddychania, ale nie mdlała. Położyła się na plecach, z trudem uniosła nogi, by je oprzeć o umywalkę, a krew powoli wracała niosąc tlen. Przestało jej się kręcić w głowie, ale atak paniki nie zmniejszał się, tętno i oddech ciężko unosiły jej bujną klatkę piersiową. Potrzebowała może kwadransa, może dwóch spędzonych na twardej podłodze. Nadal nic nie czuła i nie chciała, ale wiedziała, co musi. Był to przymus tego rodzaju, który każe nam zrobić coś bez żadnej świadomej refleksji, decyzji, poczucia powinności. Po prostu samo się w człowieku musi.

Wrzuciła do torby kilka burych t-shirtów, jakieś bluzy, spodnie, wygodne buty na zmianę, bieliznę i najpotrzebniejsze kosmetyki. Zupełnie, ale to zupełnie nic więcej. Żadnych zdjęć czy książek. Żadnej pamiątki z podróży. Nic. Dobrze, że nie mam psa, pomyślała. Choć to zawsze było jej wielkim pragnieniem, ale nie wiedziała, czy dlatego, że tak kocha zwierzęta, czy chciała mieć istotę do kochania zamiast dziecka. Nieważne, teraz nic nie jest ważne. Przez myśl przemknęła jej praca, ale nie zadzwoniła tam. Niech się martwią, pomyślała, choć wiedziała, że co najwyżej będą wściekli. O mężu nie myślała, choć zdawała sobie sprawę, że sama postawiła tę blokadę, a to, co za nią, było niewymierną otchłanią, która ją przerażała. Myśl o psie, którego na szczęście nie ma, zdominowała ją, i mimo starego jak kilka ostatnich lat pragnienia, poczuła ulgę. Niewyobrażalnie i absurdalnie dla siebie przemknęło jej przez ułamek sekundy poczucie wolności. Choćby od nigdy nie posiadanego psa.

Pierwsze swe kroki skierowała do jubilera. I znów ten sam proces. To nie był plan. Niczego nie przemyślała, niczego nie chciała, od niczego świadomie nie uciekała. To się robiło samo. A raczej dyktowała jej kroki potężna, nieujarzmiona, trzymana przez lata na wodzy podświadomość. W salonie z biżuterią poprosiła o przepiłowanie obrączki, która w chwilach, gdy puchły jej ręce sprawiała, że palec lekko siniał. Była od dawna nie do zdjęcia. Po kilku szybkich ruchach mężczyzny wyszła ze sklepu nie zwróciwszy uwagi na szczątki cieniutkiego, taniego kółeczka. Dziwnie było go nie czuć. Nie pamiętała takiego uczucia.

Potem poszła do matki. Przywitały się skinieniem głów i niemym pytaniem w oczach starszej kobiety, ale młodsza potrząsnęła głową i poszła wprost do swego niegdyś pokoju. Matka nigdy nie zadawała jej dużo pytań, a ojciec dawno nie żył. On może by nie pozwolił córce na takie pospieszne ustanowienie nowego porządku – mieszkam tu, nie pytaj, dlaczego. Ale matka nie zapytała. Może nie chciała mieć nowych problemów, może ją to nie obchodziło, a może rozumiała więcej, niż mówiła i słowa były zbędne.

Córka weszła do kuchni, sięgnęła do lodówki po cokolwiek, bo od rana nie jadła. Zostanę tu tylko do jutra, rzekła do matki. Wyjeżdżam. Starsza pani usiadła obok niej przy stole, kilka razy otwierała usta z wahaniem, ale o nic nie spytała. Zaczęła opowiadać o pogodzie, chorobie sąsiadki, niegrzecznych dzieciakach z końca ulicy, podwyżkach i swoich bolących stawach. Córka wdała się w obojętną pogawędkę, a po wypełnieniu ich normy czasu rozmawiania poszła do biblioteki. Otwarła internet na publicznym komputerze, na chybił trafił popatrzyła na mapę. Pierwsze z brzegu, pomyślała. Średnie. Dość duże, by się zgubić, ale nie za duże, by się zagubić na zbyt długo. Może wrócę, pomyślała. Jakaś część jej psychiki nagle ze zdumiewającą siłą zapragnęła, by mąż się zorientował, co stracił, jak bardzo ją kocha, szukał jej z obłędem w oczach, znalazł, błagał o wybaczenie i obiecał, że nigdy nie zostawi. I że będą już zawsze szczęśliwi. Ogarnął ją znajomy atak paniki, więc napiła się wody, wyszła na dwór, pozwoliła uspokoić się rozdygotanemu sercu i wyciszyć duszność, wróciła do biblioteki. Znalazła miasteczko. Idealnie bezbarwne i niecharakterystyczne, bez żadnych wspomnień, nieznane. Poszukała najtańszego pokoju do wynajęcia. Obojętna jej była dzielnica, ulica, ważna była tylko cena, bo oszczędności miała jedynie na kilka miesięcy bardzo skromnego życia, a pracę porzuciła.

Wyjeżdżam, powiedziała do matki. Zadzwoń, odparła tamta. Dobrze, mamo, powiedziała córka, choć doskonale pamiętała, że komórkę wraz z kartką „jestem u matki, daj mi trochę ciszy” zostawiła na kuchennym stole, a nowej kupować nie zamierzała. Daj mi trochę ciszy, jakby jej mieli za mało….paradoks sprawił, że prawie się uśmiechnęła. Uśmiecham się, pomyślała zdumiona.

Stukot kół pociągu o szyny zawsze ją lekko usypiał, wprawiał w trans, stan jakby pomiędzy snem, a jawą. Od czego uciekam, pomyślała. Od zdrady męża? Od znienawidzonej pracy? Od matki? Nic więcej w życiu nie miała, żadnych przyjaciół, więc nie od nich. Nawet nie od psa.

Ale nie, nie czuła tych ucieczek. Od siebie, pomyślała. Uciekam od siebie. Od takiej siebie, która trwa obok swojego życia opakowana w worek tłuszczu. Nagle zachciało jej się śmiać. Stosy przepisów na stole kuchennym, suplementów diety i pełna lodówka żywności light wydały jej się tak absurdalne, jakby oglądała głupi sitcom. Tylko ta dama, bohaterka serialu, powinna mieć złoty pierścionek na najmniejszym paluszku i wałki na włosach. Oraz różowy szlafrok i papucie z puszkiem. Uśmiech kilka dobrych chwil nie schodził jej z ust. Współpasażer spojrzał z zaskoczeniem, ale ona tylko nieuważnie przebiegła po nim wzrokiem. Zatopiła się znów w niemyśleniu i uśmiech zgasł. Jednak tak było bezpieczniej.

Po odnalezieniu swego nowego lokum w zupełnie nieznanym mieście usiadła na skromnym, pojedynczym łóżku i zaczęła myśleć. To mój nowy dom. Co za bzdura, to żaden dom, to przypadkowy, nie mój pokój na jakiś czas. Gdzie jest mój dom? Nigdzie, pojawiła się odpowiedź. I wiedziała, że ten, który opuściła pozostawiając w nim męża, to nie jest jej dom. A kiedyś był? Wybrała do niego meble i zasłony, sprzątała i dbała. Na ile mogła i na ile jej się chciało, mąż od dawna nie zwracał na to uwagi, jadał w pracy. Nawet w ostatnich latach nie chciało jej się zasadzić jednego kwiatka na tarasie. Poczuła, że mimo, iż razem się tam wprowadzili, i mieszkali tam chyba piętnaście lat, nigdy nie było to jej miejsce na ziemi. Jakby przystanek na długą chwilę. Dlaczego, pomyślała zdumiona, czyżby brak dziecka? Nie znajdowała odpowiedzi na to pytanie. A w domu rodziców? Miała swój pokój, oczywiście. Ich rodzina była poprawna, zwyczajna, przeciętna. Przeciętnie zimna, przyszło jej do głowy. Nikt jej nie bił, nie głodził, miała wszystko podobnie, jak koleżanki. Ale matka skonfliktowana z ojcem wciąż znikała z domu na swoje wieczne babskie pogaduchy z koleżankami przy kawie i papierosie, a to w modnej nowej kawiarni, a to u którejś w domu. Córka miała się uczyć, odgrzać sobie obiad i poodkurzać po południu. Wtedy, jako nastolatka, cieszyła się, że ma dużo wolności. I na co mi ona była, pomyślała teraz. Przecież nigdzie nie wychodziłam, nie uprawiałam sportów, nie miałam koleżanek, bo byłam gruba. Jej światem były książki. I ciągłe podjadanie.

Teraz nie pamięta, ile godzin siedziała na tym łóżku. Wydaje jej się, że jakiś ocean czasu. Może kilka dni. Może tygodni. Tak po prostu siedziała z przerwami na sen, toaletę, pobliski spożywczak, by coś zjeść. Obserwowała przez okno z taniutkimi firankami zmieniające się pory dnia. Otwierała i zamykała okno na zmianę czując powiew wiatru na twarzy, lub go unikając. Patrzyła wprost w słońce, aż widziała koncentryczne kręgi przed oczami. Czekała tak długo, aż nie poczuła bardzo mocno, że musi iść do toalety, lub nie głodniała do granicy mdłości. Nie miała radia, telewizora, internetu ani telefonu. Jak to dobrze, pomyślała. Dość mam w sobie śmieci.

Teraz sobie myśli, że ten czas to było poznawanie swojego ciała. Tych jego najbardziej podstawowych potrzeb. Jak ono chciało spać, ona się kładła do łóżka. Gdy potrzebowało iść do toalety, niosła je tam. Kiedy nogi i płuca chciały iść na spacer, szła, ale nie za daleko. Siadała na ławce. Oddychała. Obserwowała wiewiórki. Pomyślała, że wtedy traktowała samą siebie jak małe dziecko, na którego potrzeby matka odpowiadała. Jeść, spać, ciepło, zimno, otulić. Czemu ja wcześniej tego nie słuchałam, pomyślała zdumiona. Nigdy się nie zastanawiałam, na co mam ochotę, nawet co chciałabym zjeść. Wiedziałam tylko, że jestem głodna.

Zaczęła się zastanawiać, co straciła. W którymś momencie dopadła ją świadomość zdrady męża. Przyszedł czas, że zabolało, bez ostrzeżenia, walnęło znajomą mocą w klatkę piersiową odbierając dech. Moc bólu ją poraziła. Nie pamiętała ze swego życia czegoś takiego. Zwinęła się w embrion na łóżku i usiłowała zapłakać, ale łzy nie przychodziły. Pojawiły się kilka tygodni później, musiały dojrzeć, by wypłynąć. Teraz tylko bolało. Coraz mocniej, jak nie leczony ząb. Fale bólu pulsowały i tętniły. Czasem się stępiały i pozwalały zasnąć, ale każde obudzenie się o jakiejkolwiek porze doby to było jak trzecia nad ranem. Pora pomiędzy. Wieczorem a rankiem, snem a jawą, pora niczyja, straszna. Orzeźwiała się litrami wody, bo ściśnięty żołądek nie chciał jeść. Ale po kolejnym obudzeniu się reagowała taką falą głodu, że zjadała wszystkie zapasy, jakie zrobiła na dwa dni. Czołgała się do łazienki i wymiotowała, bo żołądek nadal był wielkości zaciśniętej pięści. I miał ciężar sporej bryły ołowiu. Jedna rzecz dotarła do niej dopiero, gdy zaczęła ją tracić. Kiedyś jedzenie potrafiło ją uspokoić, wprowadzić w trans i lekki niebyt, oszołomić, znieczulić, odpływała zalana cukrem. Najprostszy uspokajacz. Zdumiała ją ta myśl. Tęskniła za jedzeniem, za błogością, ale wraz ze spotęgowaną tęsknotą, bólem, a potem wściekłością do męża raczej wymiotowała posiłkami, udręczone ciało nie umiało już się nim pocieszyć. Epizody napychania się mimo, iż dawały na chwilę stare uczucie bycia zajętą przełykaniem, chwilową ulgę wynikającą ze znanej czynności i rytuału, zbyt szybko sprawiały ból przełyku i uczucie kamienia w żołądku. Straciłam uspokajacz, pomyślała rozżalona jak dziecko. Nieprawda, straciłam ukochanego męża. To jest ważne.

Sporo czasu minęło, aż zadała sobie pytanie – czy ja naprawdę go kochałam? Zagubiła się w tej myśli, nigdy nie podważała tego uczucia. Kogo ja kochałam. Jego, owszem. Ale też to,że zbudował ten dom i go nie było, że mnie nie krytykował. Nie zabraniał jedzenia, nie komentował, było mi wygodnie. Po prostu go nie było. Jak matki, pomyślała.

Kolejny raz przeżyła szok. Wybrałam sobie męża, który mnie tak samo kochał obojętną, zimną, nieobecną miłością, jak matka. Albo i nie kochał. Ale chyba jednak kochał, przecież się ze mną ożenił. Ale dlaczego, przecież już wtedy byłam gruba. Tak, jak jego matka.

Potrzebowała kilu dni, by przyjąć tę nową wiedzę, jak bardzo silnie oboje powielili swe schematy Jak każde z nich kochało w tym drugim znany wzorzec, bezpieczeństwo i przewidywalność, możliwość braku jakiegokolwiek wysiłku w zbudowaniu czegoś własnego, odmiennego. I jak trudno to kochać na dłuższą metę. I że to jest raczej miłość do domu rodzinnego odbita na małżeństwo, a nie do partnera. To nie jest życie, pomyślała. Ale paradoksalnie, po czasie myśl o utracie tej kulawej miłości przyniosła jej ulgę. Znów poczuła to, co kiedyś lekko zaświtało w duszy. Wolność. Ale dotarło kolejną falą bólu to, w jaki sposób nie umiała jej kochać matka. Postać męża jakby zbladła, choć wiedziała, że jest do niego przywiązana, że to ważna osoba. Byłam przywiązana. Byłam, stwierdziła zdumiona.

CDN

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s