GDYBYM TYLKO SCHUDŁA cz.III.

I znów, gdy po kilku miesiącach spoglądała wstecz na te tygodnie w łóżku, stwierdziła, że to był czas odkrywania w sobie warstwy po warstwie, docierania, co tak naprawdę było ważne, przeżywania bólu na każdej kolejnej, aż do jego wylania, wyczerpania i zbladnięcia. I pomyślała też, że pierwszy raz w życiu jedzenie było intruzem. Straciło swą moc uspokajania, tłumienia prawdy, korkowania emocji, przestała go potrzebować do tego celu, ale też był to czas, kiedy organizm miał fazy łapczywego jedzenia na zmianę z wymiotowaniem. Gwałtownym, szarpiącym wnętrzności, na kolanach w toalecie i z obrzydzeniem do siebie. Nic nie chciałam przyjmować, dostawać od świata, pomyślała. Był to czas, kiedy postawiłam pod wątpliwość, że ktokolwiek kiedykolwiek mnie kochał, wszyscy się ode mnie odsunęli z obrzydzenia do mnie, dla wszystkich byłam absolutnie nikim. Ci wszyscy to w jej oczach matka ramię w ramię z mężem, a w tle jakieś majaczące postacie ludzi, potencjalnych koleżanek i osób z pracy. Nikt nigdy mnie nie kochał. Nikt nie kocha mnie teraz. Nikt. Dla nikogo nie jestem ważna, nie jestem zatem nic warta. Zupełnie nic. Jakbym była przezroczysta i nie istniała.

Wizje siebie i matki za dwoma stronami gigantycznej szklanej ściany prześladowały ją kolejne tygodnie. Ona czytająca książkę i jedząca chipsy, matka z koleżankami na kawie. Ona przeziębiona z gorączką w łóżku, matka z herbatą i aspiryną stawianą na szafce nocnej, ale bez położenia ręki na czole, spojrzenia w oczy, bez troski – co ci jest córeczko. Na te wyobrażone słowa zaszlochała jak dziecko. Otwarły puszkę wspomnień niby mało ważnych, a każde bolesne jak igiełka od kaktusa. Taka przezroczysta, której nie widać, ale zadaje ból. Ona z doskonałym świadectwem wraca do domu, z nagrodą za najlepszą pracę z polskiego, a matka ledwie rzuca okiem i kiwa głową, bo z rozmazanym od łez makijażem omawia z koleżanką przez telefon to, jacy podli są faceci, bo znów starła się z ojcem. I tak kilka kolejnych dni, w których awantury nie dawały jej spać, matkę czuć było alkoholem, a ojciec znikał.

Ona idąca na bal przebierańców, gdzie miała być czerwonym kapturkiem w ślicznej sukience i czepku, z koszyczkiem. Matka zaczęła szyć ubranie, ale wkurzona krzywym ściegiem rzuciła to pod koniec i powiedziała – a idź sobie, w czym chcesz, dam ci cukierków do koszyczka, będziesz tym cholernym kapturkiem. Ona, sześcioletnia, ze łzami uczyła się nawlekać igłę i kulawym, fastrygowym ściegiem doszyła tę sukienkę, ale na balu ktoś ją pociągnął i opadła z niej w postaci nagle rozłączonych kawałków materiału i wszyscy zobaczyli białe majtki. Długo pamiętała to upokorzenie, a matkę za to znienawidziła.

Widziała siebie z narastającym wewnątrz gniewem, walącą pięściami w tę szklaną szybę, by matka wreszcie ją usłyszała, zdarła sobie głos od płaczu i krzyku, ale też wiedziała, że po drugiej stronie nic nie słychać. Trzeba rozwalić ścianę, pomyślała, zamiast zdzierać sobie gardło i pięści. Trzeba mi siły. I wtedy pierwszy raz od bardzo dawna pomyślała o ojcu. Wielkim, zwalistym mężczyźnie z ogromnymi, zniszczonymi pracą, brunatnymi dłońmi. Zawsze rano się golił i mył zęby, a wieczorem kąpał, ale coś takiego, jak woda kolońska było mu obce, do obcinania paznokci służyły mu zwykłe, duże nożyczki i zawsze pachniał smarem i papierosami. Ale ten zapach właśnie, niby nieprzyjemny, i dotyk szorstkich rąk, to było jedyne wspomnienie, jakie teraz jej się pojawiało. Bezpieczne i swojskie. Ojciec wciąż nieobecny, z milczeniem zatrzaskujący za sobą drzwi do garażu, gdy matka kolejny raz urządzała histerie. Ojciec zostawiający ją z tą kobietą skupioną na sobie, niby tak emocjonalną, wciąż gotową do łez, krzyku, ale i śmiechów z koleżankami, marząca o innym, lepszym życiu przy boku księcia z bajki, który by ją zabierał na bale i kolacje. Matka w pięknej, jedwabnej sukience w tulipany, a w domu w dresie z dziurą na tyłku. Piękna i wstrętna, czarująca i odrażająca. Po co oni się pobrali, zastanowiła się. Nie pasowali do siebie. Wyobraziła sobie ojca, jako młodego mężczyznę, kilka dobrych lat starszego od młodej dziewczyny wirującej w tańcu, zachwyconego nią jak barwnym motylem, i ją, przeczuwającą, iż w tych silnych ramionach kryje się bezpieczeństwo. Szybka ciąża, ślub i pryśnięcie marzeń. Ale przecież tak się cieszyli z dziecka. Matka miała wizję laleczki do przebierania, ślicznej dziewczyneczki kruchej i delikatnej. A ona wdała się w ojca ze swą masywną sylwetką. I jak znienawidziła męża, tak i z rozpędu przestała zauważać córkę. Tato, gdzie byłeś, zawołała bezgłośnie.

I zrozumiała, że on musiał wybrać. Gdyby był więcej w domu, awantury o niespełnione marzenia by ich zabiły. On oczekiwał od niej bycia żoną, matką i gospodynią, a ona była motylem. Ona oczekiwała noszenia na rękach i obrzucania kwiatami, a on był konkretnym, życiowym facetem skupionym na tym, by było na jedzenie i jej kosmetyki. Niczyja wina, że oboje tak się pomylili, że żadne z nich nie umiało stać się kimś innym. Za szybko się pobrali, byli prawie dziećmi. Pierwszy raz w życiu pomyślała, że matce też brakowało miłości. Mimo, iż była w młodości szczupła, piękna i lubiana. To odkrycie ją zdumiało.

I wystraszyło zarazem. Jak więc to jest, zatem o co w tym wszystkim chodzi. To po co ona chciała schudnąć, z tego wynika, że i tak by tego wszystkiego nie dostała?

Natłok myśli domagał się powietrza. Ubrała się w jeden z kilku takich samych t-shirtów, który spłynął po jej sylwetce, w bluzę, i schyliła się, by związać buty. Dopiero, gdy to zrobiła, zorientowała się – schyliłam się. Dosięgnęłam. Zdumiewające. Pierwszy raz od kilku tygodni spojrzała na swe ciało i stwierdziła, że jest go wyraźnie mniej. I przeżyła kolejne zdumienie, bo poczuła, że nie bardzo ją to obchodzi, a kiedyś skakała by ze szczęścia po każdym utraconym kilogramie. Poszła do parku swoim zwyczajem obserwując wiewiórki i ptaszki, by choć na chwilę odpocząć od myślenia. I zobaczyła siebie z ojcem, kiedy puszczali latawca, miała może siedem lat. On trzymał mocno sznurek, biegł za nią, ona z kawałkiem tego sznurka w dłoni pędziła do utraty tchu czując, jak kawałek plastiku nabiera w siebie powietrza. Uśmiechnęła się do tej wizji i sama wzięła głęboki oddech. O dziwo, z lekkością.

Zobaczyła ojca, który po scenie, gdzie ona w dzień studniówki rano rozpaczliwie płacze na łóżku, a obok leży zmięta sukienka, w którą właśnie przestała się mieścić – matka weszła i tylko wzruszyła ramionami – on w milczeniu wziął ją za rękę, wsadził do samochodu, zawiózł do sklepu i kazał ekspedientkom odnaleźć sukienkę idealną. To dzięki niemu tej nocy tańczyła, choć na balu była sama. Poczuła falę wdzięczności. Widział mnie. Widział. Kochał.

Pojęła, że odsunął się od niej, bo nie chciał walczyć z matką, która i tak była wściekła o te pieniądze na sukienkę. Warczała, że mogła tyle nie jeść choć raz w życiu. Za karę powinna iść w starej.

Ale wtedy żadna stara już na nią nie pasowała.

Kolejnym ważnym momentem, w którym nie miała się w co ubrać, był pogrzeb ojca. Myśl o jego utracie zabolała pierwszy raz od chyba szesnastu lat, straciła rachubę czasu, nie mogła sobie uświadomić, ile go upłynęło. Nie była w stanie przypomnieć sobie nawet roku, w którym powalił go nagły zawał. Był i go nie było. Bez dramatyzmu szpitali, leczenia, szlochania i czuwania przy łóżku umierającego, bez tych wszystkich medycznych rekwizytów śmierci. Po prostu upadł i umarł, jak zawsze, stanowczo, od początku do końca zdecydowanie. Pamięta, że to była niedziela, on był świeżo ogolony. I opadł bezwolny na kuchenną podłogę, pewnie nie żył już w tym locie. Obie z matką stały nad nim długą chwilę w zdumieniu, żona, która nagle stała się wdową, choć jeszcze potem długo nie użyła tego słowa, odpaliła papierosa i patrzyła z niedowierzaniem. A ona chciała w pierwszym odruchu powiedzieć – tato, nie wygłupiaj się.

Potem długo dręczyła ją świadomość, że taką myślą przywitała śmierć ojca, w taki sposób go pożegnała. Bo potem płakała i rozpaczała, mówiła wiele innych słów i głęboko przeżyła żałobę, ale świadomość tego zdania jej nie opuściła. Dziś pierwszy raz pomyślała o tym, że ojca by to rozbawiło, zawsze miał dystans do siebie.

Ale właśnie wtedy, na jego pogrzebie, skupiona była znów na sobie. Bo przez te cztery dni od jego niedzielnego upadku na podłogę do pochówku płakała i jadła. Spała, budziła się i jadła. W obliczu śmierci poczuła niepohamowany głód. Żarłoczna pustka wyła w niej, tupała i żądała zapełnienia. Starała się jak mogła. A w dzień pogrzebu rano stała naga w bieliźnie i już nic nie miała do założenia. Zupełnie nic. Owinięta szlafrokiem skoczyła do pobliskiego ciuchlandu po cokolwiek czarnego. I znów czuła się, jak na balu przebierańców w dzieciństwie, jak czerwony kapturek w pofastrygowanej na słowo honoru sukience, która za chwilę się rozleci. Drugi wielki wyrzut sumienia – tato, na twoim pogrzebie myślałam tylko o tym, jaka jestem gruba, śmieszna i przebrana w przypadkowe szmaty. Przepraszam.

I wtedy usłyszała to w sobie. Śmiech ojca. Prosto z jego wielkiego brzucha, który drżał i kołysał się przy jego tubalnej radości, zobaczyła łzy śmieszki gromadzące się w zmarszczkach wokół oczu, i jak uderza się ręką w kolano mówiąc – no nie, to dobre. Dziecko, ciuch jest nieważny, a ty jesteś baba, dlatego o tym myślałaś, ale nie przejmuj się. Trzeba było mnie do trumny wsadzić w dżinsach i flanelowej koszuli, a nie w tym sztywnym garniturku, który będzie mnie pił pod pachami na wieki wieków. I poczuła, jak jego wielkie ręce głaskają ją po głowie i klepią po łopatkach. Tato. Zatęskniła tak mocno, jak od wielu lat nie pozwalała sobie tego czuć. Jeszcze kilka dni przeleżała i przepłakała, jakby chciała dokończyć żałobę, ale już czuła, że zawsze miała od ojca wybaczenie, że nie musi się czuć winna. Ulga była najważniejsza, i to, że znów poczuła jego obecność. I miłość.

Codzienne spacery stały się jej zwyczajem, nawet nie wiedziała, kiedy. Któregoś dnia zachciało jej się pobiec. Ruszyła szybkim truchtem wzdłuż parkowej alei, zasapała się, odpoczęła. Potem jeszcze kilka razy to powtórzyła. Olśniło ją – chcę biegać. Nie muszę wirować w rozkloszowanej sukience po łące, by znów zaskarbić sobie miłość męża i podziw koleżanek.

Kupiła zwykłe, tanie buty do biegania i codziennie przemierzała kilka alejek. Bez planu, bez stawiania sobie zadań, chłonąc powietrze, które drażniło jej oskrzela, trochę bolało, ale to było pieczenie dobre, które mówiło do niej – żyję.

Kim ja jestem, pomyślała kiedyś. Zawirowały w głowie obrazki worka tłuszczu, trzęsącego się przy każdym ruchu brzucha, miękkich, ciastowatych ud pocących się od wzajemnego dotyku, piersi obrzmiałych i bolesnych z napięcia, fałdek na karku, o które zahaczała grzebieniem czesząc włosy. I oczu, zielonych, zatopionych w policzkach oczu. Widziała wspomnienie lekarza z dezaprobatą kręcącego głową i mówiącego na boku, że jest za gruba, ale nie dającego matce żadnych rad. I matkę z ciężko ukrywanym obrzydzeniem kupującą jej kolejny, szerszy zestaw ubrań. I pierwszy raz w życiu pomyślała – nie jestem własnym tłuszczem. Ale kim? Tego jeszcze nie wiedziała. Przyszło jej do głowy tylko jedno, że zapisze się na studia. Znajdzie pracę, ale nie taką, jaką wykonywała przez lata. Przemknęły jej pomysły o schronisku dla zwierząt, o domu starców, o pomaganiu w szpitalu, ale nie. Nie chce już żyć dla innych. Supermarket, kasa, ok, na jakiś czas może być. Nic ambitnego, ale i nic z poświęceniem. Po prostu zarabianie pieniędzy.

Postanowiła, że zostanie w tym wynajętym pokoiku.

I weźmie ze schroniska psa.

Weszła do sklepu i kupiła komórkę z nagłą chęcią zadzwonienia do matki. Nie wiedziała, co jej powie, o co zapyta. Ale świadomość, że w jakimś sensie podzieliły ten sam los, sprawiła, że zachciało jej się z nią porozmawiać. Nie plotkować o sąsiadach, ale właśnie – porozmawiać.

A mąż? Nie będzie dzwoniła, ale kiedyś tam pojedzie. Nie czuła do niego żalu ani złości. Bo o co, o to, że oboje kochali w sobie złudną przewidywalność własnych matek? Oboje ucierpieli i dla obojga dobrze, że bez siebie odetchnęli. Tyle, że on uciekł od niej trochę szybciej, niż ona od niego.

Położyła się spać w swej wynajętej klitce, w której wreszcie pojawiło się coś osobistego. Kolorowa poduszka i koc. Lusterko. Kilka książek. Niedługo kupi laptopa, będzie jej potrzebny do nauki. Wyrzuciła stare t-shirty, jutro pójdzie na zakupy, może sprawi sobie kilka kosmetyków. Trzeba też kupić chleb dla kaczek. I miskę dla psa. Zasnęła.

Trzecia nad ranem, współczesna północ. Obudziła się. Czekała na znane objawy lęku, pustki i bezsensu, ale nie przyszły tym razem. Pomyślała – muszę szybko zasnąć, bo jutro chcę się obudzić.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s