HISTORIE PRAWDZIWE – KLARA CZ.I.

Dzisiejszy wpis to opowieść młodej kobiety, która przeszła przez psychoterapię.

Niezwykle ciężko powiedzieć, na czym ten proces dokładnie polega, a już na pewno nie da się tego zawrzeć w krótkim komentarzu. Jest to głębokie, wielogodzinne spotkanie z drugim człowiekiem, dzięki któremu można się skonfrontować z nieświadomymi częściami siebie, przejść przez jedną z najdłuższych wędrówek po meandrach emocji i własnych doświadczeń, przeżyć zdziwienie, wstyd, złość, bezmiar żalu i bólu, ale i ulgę, radość, poczuć moc. Zmianę.

Nie jest to łatwa wędrówka, aczkolwiek nie znam człowieka, który, gdy ją ukończył, pożałował jej podjęcia. Ta opowieść spisana ręką Klary w tej części pokazuje początki, strach, opór, terapię od najcięższej strony. Warto ją przeczytać, ale i poczekać na drugą część, gdzie widać będzie dalekosiężny sens przejścia przez takie przeżycia. Od siebie mogę tu dodać, iż kobieta ta, mimo, iż sygnalizowała swe odczucia, nigdy na serio nie myślała o przerwaniu terapii. Wiedziała, wiedziałyśmy obie, dokąd ten trud prowadzi. Wy będziecie mogli przeczytać o tym w następnej części. Zapraszam.

OPOWIEŚĆ KLARY

Gdybym miała opisywać proces psychoterapii nim ją zaczęłam powiedziałabym, że to seria kilkudziesięciu spotkań, podczas których dyskutuje się o sprawach z teraźniejszości i przeszłości przede wszystkim. I to prawda. Wszystko się zgadza. Jednak dopóki nie zaczęłam terapii i nie doszłam w niej do punktu, w którym jestem teraz nie wiedziałabym, że wiąże się ona z koszmarnie trudnymi momentami, ekstremalnym czasem bólem i morzem wypłakanych łez.

To już ponad półtora roku odkąd, co tydzień przez 50 minut skupiam się tylko na sobie i swoich emocjach. To już półtora roku odkąd, co tydzień, regularnie odzieram się ze skóry. Teraz każde słowo, i spojrzenie bolą dwukrotnie. Jestem odbezpieczona, bez skorupy. Praktycznie całe moje wyobrażenie o sobie i świecie legły w gruzach.

Zaczynając terapię myślałam, że jestem dość dojrzała, całkiem mądra, poukładana, a w życiu wiedzie mi się nieźle. Do Pani Ewy trafiłam z powodu długo utrzymującej się apatii i ciężko wytłumaczalnego smutku. Miałam właściwie wszystko, ale ciągle coś gniotło mnie w bok i nie pozwalało się uśmiechać. Jakiś dziwny lęk, który budził mnie w nocy i nie pozwalał spać. Nie rozumiałam tego. Potrzebowałam się zdiagnozować.

Teraz rozumiem skąd brały się moje lęki. Wiem jak ogromny miały na mnie wpływ. Więcej rozumiem. Czy mniej się boję? Jeszcze nie, ale wierzę, że to stan przejściowy. Cieszę się, że zrobiłam kilka kroków do przodu, choć jeszcze czasem muszę się cofnąć. Moja głowa nie pozwala mi tak łatwo zmieniać rzeczy, które układałam sobie w niej przez 30 lat. Terapia to trochę jak nauka jazdy samochodem. Czasem już na 5 lekcji potrafisz zaparkować równolegle, a nagle na 16 ci nie wychodzi. Na wszystko trzeba czasu. Tak jak nauka jazdy samochodem, tak zmiana swojego nastawienia wymaga po prostu zaangażowania i cierpliwości.

W terapii jestem już od 19 miesięcy. Przez pierwszy rok byłam twarda jak skała. Wciąż popełniałam te same błędy. I choć wiele widziałam i słyszałam co mówi do mnie Pani Ewa, byłam zamknięta na wszystkie zmiany. Aż nagle pękłam. I to z taką siłą, że nie mogę się pozbierać. Nie wiem kiedy dokładnie się to wydarzyło. Może 5 miesięcy temu (?). Jak się czuję? Jakby ktoś zabrał mi tożsamość i powiedział: „Musisz zbudować się od nowa”. Przy pomocy Pni Ewy próbuję. To trudna sprawa. Nauczyć się na nowo reagować, podejmować właściwe decyzje. Spytać siebie czego się chce i usłyszeć właściwą odpowiedź. Nauczyć się swojej własnej instrukcji obsługi i w końcu poczuć się ze sobą dobrze, umieć nakarmić się troską i zadbać o siebie. Dotąd wciąż szukałam ludzi, którzy mogliby mnie przytulić dodając pewności siebie i poczucia, że jestem ważna. Nie traktowałam ich serio. Zawsze byli tylko implantami, które jakby uzupełniały moją niepełną osobowość. To smutne, ale zdałam sobie z tego sprawę dopiero na terapii.

Czasami wolałabym nie wiedzieć. Wolałabym wrócić czas i nie musieć zmagać się z rzeczywistością. Bo to trudne, już się zadziało i zupełnie nie wiem jaki będzie koniec i czego mogę się spodziewać. Czuję, że wyskoczyłam już ze starych szyn i za daleko zabrnęłam, żeby móc znów na nie wrócić. Jednocześnie nie widzę kolejnych, nowych. Jeszcze ich nie zbudowałam. Nie spoiłam ze sobą odpowiednich kawałków. Buduję je bardzo, bardzo powoli, czekając na to co dalej się przytrafi – jestem bardzo ciekawa tej podróży, w którą tym razem wybiorę się bardzo świadomie. Taki mam plan.

Ciąg dalszy nastąpi

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s