GDYBYM TYLKO SCHUDŁA cz.II.

To był zwyczajny, następny dzień realizacji Wielkiego Planu.

Planu mającego na celu schudnięcie, a w efekcie odzyskanie zainteresowania i miłości męża, jego wcześniejszych powrotów z pracy, a może taką nową i śliczną zaprosi mnie na randkę – aż uśmiechnęła się do tej myśli. Miło by było wrócić do miodowego miesiąca, kiedy to wszystko jeszcze było możliwe. Może nadal jest? Nieśmiała myśl była delikatna, ale nie ulotna.

Continue reading

GDYBYM TYLKO SCHUDŁA cz.I.

Środek nocy, trzecia nad ranem.

Czasy charakteryzują się mnóstwem rzeczy, a jedną z nich jest to, o jakiej porze mamy środek nocy. Przed erą elektryczności to faktycznie mogła być dwudziesta czwarta, czyli zero, kropka, zero zero. Ale teraz, gdy chodzimy spać niewiele wcześniej, to właśnie trzecia godzina najbardziej jest naszą północą.

Kiedyś upływ czasu mogliśmy mierzyć wybijaniem zegara. Minuty i godziny mogły się wlec, ale były równiutko poukładane między uderzenia, kuranty, tykania i bimbania. Miał jakieś odczuwalne ramy. Teraz komórka odmierza chwile w nieubłaganie milczący, przeraźliwie cichy, bezszelestny wręcz sposób, skazując nas na otchłań czasu odmierzonego dopiero dzwonieniem alarmu w telefonie. Bez wcześniejszego ostrzeżenia jakimś bim czy bam. Żadnym, najmniejszym tyknięciem nic nie daje znaku naszej podświadomości, że czas poogarniać sny, które pojawiły się w tej krótkiej drzemce po czasie bezsenności. Bezduszna technika nie daje nam ram ani szans. Czas odmierzamy słyszalnym dla nas niczym uderzenia młota w hucie tętnieniem krwi. Stał się chaotyczny, jego długość zależy od częstości naszych uderzeń serca. Im mamy ich więcej, tętno bardziej szaleje, krew pulsuje, czas biegnie wolniej. W ciszy, bez zegarów, jest przestrzenią nieogarnioną. I niechcianą.

Continue reading